Wywiady, rozmowy

Jesteście wy i reszta świata

janek_internZ prozaikiem Janem Jastrzębskim o jego znajomości z Edwardem Stachurą rozmawia Mirosław Słapik.

Kilka lat temu ukazała się książka: „Edward Stachura – Listy do Danuty Pawłowskiej”. Jako „stachurzysta” kupiłeś tę książkę, ale czy byłeś zaskoczony, że w dwóch listach wspominał o Tobie?

– Tak, to było zupełne zaskoczenie, bo nie przypuszczałem, że ten wyjazd na podlaską wieś, do moich rodziców, będzie godzien upamiętnienia, a jednak tak się stało. Niedługo potem, w wakacje, nastąpiła druga wizyta, a do trzeciej miało dojść latem 1979 roku, ale, jak wiadomo, poeta wybrał się w inną podróż…

W kręgach osób, które interesują się Stachurą, przewija się Twoja osoba. Jak zaczęła się Wasza znajomość?

– Zaczęło się oczywiście od książek, jako student polonistyki dotarłem do zbiorów opowiadań: „Jeden dzień” i „ Falując na wietrze”. Bohater tych opowiadań był mi bardzo bliski. Mogę powiedzieć, że stał się moim duchowym bratem. Ten typ postaci bardzo mi odpowiadał i marzyłem o tym, aby poznać autora tych książek. Może w tym celu, by sprawdzić, czy świat przedstawiony w opowiadaniach, a także w przeczytanych później powieściach, to tylko czysta fikcja, czysta kreacja i czy uwielbiany przeze mnie bohater ma coś wspólnego ze swoim twórcą. Po raz pierwszy zobaczyłem Stachurę w marcu 1974 roku w Instytucie Polonistyki, podczas spotkania ze studentami. Na podstawie tego, co zaobserwowałem i usłyszałem, doszedłem do wniosku, że istnieje duże podobieństwo między autorem a jego bohaterem, i Henryk Bereza nie myli się, mówiąc o „życiopisaniu”. Miałem wtedy ze sobą książki Stachury, złożył na nich autografy, w „Siekierezadzie” pojawiła się nawet dedykacja, jednak na rozmowę się nie odważyłem.

Kiedy nastąpiła ta pierwsza rozmowa i w jakich okolicznościach?

– To było w maju 1977 roku, a okoliczności były, że tak powiem, „uliczne”. Zresztą spotykałem pisarza na ulicach Grochowa, także w towarzystwie adresatki listów – Danuty Pawłowskiej. Spotkaliśmy się w przejściu między ulicą Grochowską a Kickiego, gdzie stał mój akademik, przy automacie telefonicznym. Automat właśnie połknął mi monetę, co w tamtych czasach często się zdarzało, i wtedy usłyszałem, że ktoś mówi: „Wiesz, tutaj obok jest kiosk, tam rozmień pieniądze.” Był to Edward Stachura. Kiedy telefonował, przyczajony w pobliżu filaru, pomyślałem sobie: „Teraz albo nigdy”. A nie należę do osób śmiałych. Kiedy poeta skończył telefonować, ruszył ulicą Kickiego, a ja za nim. Przyspieszyłem kroku, przeprosiłem i przedstawiłem się. Zapytał: „A skąd mnie znasz?” Kłopotliwe pytanie. Odpowiedziałem: „Z pańskich książek. Przeczytałem wszystko i bardzo chciałem pana poznać”. Zacząłem coś tam bąkać o pracy magisterskiej na temat jego twórczości, bo to było moje alibi. Na koniec wykrztusiłem: „Musiałem to zrobić”. Na co odrzekł: „Bardzo dobrze zrobiłeś”. Podał mi rękę i powiedział, że mogę kiedyś przyjść do niego na herbatę. Tak mniej więcej wyglądało to pierwsze spotkanie.

A potem… Jaki był następny krok?

– Oczywiście odczekałem parę dni, ale kułem żelazo, póki gorące i poszedłem do mojego idola w odwiedziny. Trafiłem nie najlepiej, miał właśnie gości – obok niego stała pani Pawłowska. A ponieważ był człowiekiem słownym, bo przecież zawsze mówił, że chce być mniej zawodny od innych zawodników, zaproponował, bym przyszedł koło czwartku. Co też uczyniłem. To pierwsze spotkanie było dosyć trudne. Nie ułatwiał mi zadania, więc znów zacząłem mówić o tej nieszczęsnej pracy magisterskiej. Potem sytuacja jakoś się ociepliła, zrobił mi herbatę z cytryną. Jak wyznał później mojej najmłodszej siostrze, ujęła go moja nieśmiałość. Był to czas, kiedy Stachura związki z ludźmi przecinał, kiedy kończyły się ważne w jego życiu przyjaźnie. Choćby przyjaźń z Ryszardem Milczewskim-Bruno. Tego wieczoru dość długo mówił o „człowieku-ja”. Na koniec zagrał na gitarze, zaśpiewał „Białą Lokomotywę” i stanęło na tym, że kiedy tylko będę miał ochotę, kiedy tylko będzie mi po drodze, mogę na Rębkowską przychodzić.

Jak on mieszkał?

– To była kawalerka na parterze. Kuchnia, łazienka, przedpokoik, pokój do pracy.

Dbał o wystrój?

– Tak. Przede wszystkim panował tam idealny porządek. Podłoga wypastowana, wyfroterowana, książki i płyty poukładane. Nie było tam artystycznego bałaganu. On tego nie znosił. Mówił, że bałagan w mieszkaniu czy wokół człowieka jest odbiciem stanu jego ducha.

Później pisałeś już tę pracę magisterską?

– W maju napisałem pracę na temat bohatera prozy Edwarda Stachury i obroniłem ją w ostatnim dniu czerwca. Kiedy moje życie nabierało pięknych blasków, znalazłem się we Wrocławiu, w wojsku. Poeta wtedy wyjechał do Paryża. Tam tłumaczył „Fabula rasa” na język francuski. Pisałem do niego listy, wysyłałem kartki. Dostałem odpowiedź jesienią, kiedy wrócił z Francji. Czekał też na mnie tomik wierszy Michela Deguy w jego przekładzie

Kiedy zaczęły się wasze wspólne wyjazdy?

– W 1978 roku, kiedy byłem jeszcze w wojsku – ślad tego pierwszego wyjazdu jest właśnie w listach. To był koniec maja 1978 roku, służyłem już w Warszawie, więc miałem więcej możliwości wyrywania się z koszar i zaproponowałem poecie wyjazd do moich rodziców. Zawiozłem go tam, nie zdając sobie sprawy z tego, jakie to było dla nich obciążenie, wyzwanie. Przyjeżdża pisarz z Warszawy… Tym bardziej, że szybko musiałem wracać do koszar. Poecie na Podlasiu bardzo się podobało, co poświadcza w czerwcowym liście do pani Pawłowskiej. Drugi wyjazd nastąpił tego samego roku, w lipcu. Wtedy już mu towarzyszyłem. Czuł się u nas znakomicie, zadomowił się. Błyskawicznie znajdował wspólny język z ludźmi wsi. Umiał z nimi rozmawiać i ich słuchać. Zachowywał się przy tym jak prawdziwy rolnik: na przykład obkaszał żyto, więc musiał znaleźć uznanie w oczach mojego ojca, który nie dałby byle komu kosy do ręki. Pamiętam właśnie taki obraz: Edward kosi, a ojciec odbiera zboże. Szczególnie lubię wspominać, jak przenosiliśmy obaj z kojca do kojca wierzgające prosiaczki. Rzecz jasna, chodziliśmy na jagody i grzyby. Byliśmy też raz na wiejskiej zabawie…

Jak długo trwał ten letni pobyt?

– Ponad tydzień.

A sprawa gitary Stachury, bo przecież krążą na ten temat różne legendy?

– Ta moja gitara jest rosyjskim pudłem, które Stachura podarował mi w obecności bardzo ciekawej dziewczyny – Zosi Zientek, wspomnianej w „Pogodzić się ze światem”. Wręczając mi tę gitarę, mówił: „Uczcie się, dzieci, grać na instrumentach, bo w ciężkich chwilach bardzo wam się to przyda.” O rosyjskiej gitarze jest też mowa w listach do Danuty Pawłowskiej. Może zacytuję ten fragment: „Piszesz, że gitara Ci się rozeschła i tak dalej. Pożyczę ci gitarę Jurka Tabora, który teraz gra w Finlandii i wyjeżdżając, zostawił mi gitarę, która przepadła pewnej nocy w Łodzi, gitara i wszystko, co miałem. Potem dostałem rosyjską gitarę i dałem ją właśnie Jurkowi za tę, którą mu zatraciłem. I to jest właśnie ta gitara”.

Zastanawiałem się, czy to ta sama gitara, ale raczej nie, ponieważ w „Listach równoległych” Danuty Pawłowskiej, wstrząsającym tekście dołączonym do listów Stachury, jest mowa o gitarze przechowywanej wraz z innymi pamiątkami po autorze „Siekierezady”. Może więc były dwie rosyjskie gitary. W każdym razie podarowana mi gitara nie jest Stachurową gitarą numer jeden. Tamta była brazylijska i nie mam pojęcia, w czyje ręce trafiła.

Po nawiązaniu tej Twojej znajomości niewiele czasu upłynęło do chwili, kiedy Stachura skończył ze sobą. Śledziłeś wtedy jego życie, jego zachowania?

– Tak. Bywałem często u niego w tym czasie, kiedy pod wpływem tekstów Krishnamurtiego stał się „człowiekiem–nikt” i bardzo dużo o tym mówił. Czytał fragmenty swoich rzeczy inspirowanych tą filozofią. Nie byłem uczniem Stachury, byłem słuchaczem. Słuchałem całym sobą tego, co mówił, tego, o czym mówił. Pewne rzeczy przyjmowałem, były dla mnie odkrywcze i nowe, jednak tkwiłem mocno w świecie „ludzi-ja”. Pisałem pierwszą książkę, próbowałem zaprowadzić porządek w swoim życiu. Ale od czasu do czasu objawiał się i dawny Stachura. Bardzo wymagający wobec siebie i swoich przyjaciół, a zarazem dowcipny. Potrafił robić różne psikusy. Do jego stałych numerów należała nagła zmiana kierunku marszu. Robił to tak błyskawicznie, że nim się zorientowałem, szedłem sam, on zaś, jakby nigdy nic, oddalał się boczną uliczką. Niekiedy zwracał się do mnie po hiszpańsku lub coś recytował w tym języku. Nie rozumiałem ani w ząb, lecz jak to brzmiało! Był również dobrym kucharzem. Nieraz konsumowałem jego sałatki, smakowałem żurek. Zdarzało nam się robić wspólnie zakupy. Kiedyś trzeba było usmażyć ogromną jajecznicę, ponieważ wyśliznęła się Edwardowi z rąk torebka pełna jaj. Gdy dobiegliśmy na Rębkowską, wszystko to wrzucił na patelnię.

Wyczuwałeś w jego ostatnich latach jakiś pesymizm i depresję?

– Tak. Szczególnie uwidoczniło się to chyba na przełomie roku 1978 i 1979, kiedy wszystko, co miał do napisania, zostało napisane, złożone, kiedy uciekał na północ, do Iławy. Złe przeczucie zrodziło się we mnie w Nowy Rok /1979 /, gdy w absolutnym milczeniu jedliśmy kolację w „Osiedlance”, a potem, ciągle milcząc, siedzieliśmy w jego mieszkaniu. Nigdy nie widziałem go tak smutnego jak wtedy.

To było takie dziwaczne zachowanie, czy po prostu smutek?

– Smutek, bezbrzeżny smutek.

Był w tym może element osobisty, w sensie kontaktu z kobietami?

– Myślę, że on był już poza tym wszystkim.

Kiedy ostatni raz go spotkałeś?

– W maju 1979 r.

Wypadek był w kwietniu?

– Tak. Z tym, że rekonwalescent miał w sobie sporo światła i dzielnie znosił to, co się stało. W pewien sposób był dumny z tego, co mu się przydarzyło. I pełen wdzięczności dla ludzi, którzy nim się zajmowali, opiekowali – bez przerwy dzwonił telefon. A tego majowego dnia powiedział: „W tamtym roku u ciebie tak mi było cudownie i dobrze. Teraz już nie będzie tak. W tym roku, jeśli nie będę w sanatorium, też pojadę do ciebie”.

Czytałem różne refleksje o jego śmierci. Ludzie, jego znajomi, mówili, że to był obłęd. Miałeś takie wrażenie?

– Sam poeta użył tego słowa w „Liście do pozostałych”, ale ja nigdy takiego wrażenia nie odniosłem, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że zawędrował w niebezpieczne okolice. A wtedy, w maju, miałem przeczucie, że to jest nasze pożegnanie. I tak też było. Co i raz zjawiałem się na Rębkowskiej, pukałem, stukałem – nikt nie otwierał drzwi. Dzwoniłem – nikt nie podnosił słuchawki.

Odsunął się od ludzi?

– Jak się wtedy okazało, wyjechał do matki na pewien czas. O tym, co z nim się działo między majem a lipcem, wiem od Zosi Zientek, która pracowała w księgarni na Grochowie. Była skromną, cichą i bardzo mądrą dziewczyną. Edward powiedział kiedyś do nas: Jesteście wy i reszta świata.

Powiedz mi, co w szczególności cenisz z jego twórczości? Jakie masz podejście do prozy, a jakie do poezji?

– Bliższa jest mi na pewno jego proza. Uważam, że szczytem jego twórczości jest „Cała jaskrawość”, choć „Siekierezada” pod względem artystycznym ją przewyższa. W moim przekonaniu to kwintesencja „stachuryzmu”. Cenię również jego opowiadania – to świetna proza pozostająca w cieniu słynnych powieści. Często zanurzam się też w opowieści – rzece „Wszystko jest poezja”. Natomiast rzeczy ostatnie, łącznie z „Pogodzić się ze światem” i „Listem do pozostałych”, stanowią całkiem odrębną kategorię tekstów i wymagają od czytelnika, by stał się kimś więcej niż tylko czytelnikiem.

Jaki jest teraz twój kontakt z pisarzem? Jest to zbieranie informacji, obcowanie na zasadzie szukania śladów?

– Różnie to wygląda. Przez długi czas nie czytałem tego, co napisał. Nie przestawałem o nim myśleć, ale od Stachurowego świata starałem się oddalić. Z początku to wszystko za bardzo mnie bolało, bo w okresie naszej znajomości widziałem w nim jakby starszego brata, z którego byłem bardzo dumny. To był dla mnie taki wojownik, Indianin, który miał swój kodeks, a przy tym był niesłychanie wrażliwy i trochę nie z tego świata. Takiego człowieka jak on nigdy nie spotkałem i takiej jedności między twórcą a jego dziełem – również. I jeśli uciekałem od wspomnień o nim i od jego książek, czyniłem to między innymi po to, by nie myśleć Stachurą, nie mówić Stachurą, nie pisać Stachurą i nie kopiować Stachury w swoim życiu. Zajmuje on jednak w moim życiu miejsce szczególne i osobne, a jeśli chodzi o świat literatury, wciąż jest dla mnie numerem jeden. Inna rzecz, że ze sprawą Stachury jeszcze się nie uporałem. Ciągle z nim się zmagam, mocuję, a takie okazje jak lektura wydanych ostatnio listów przydają temu „dużo ognia”.

Znałeś te listy?

– Nie, lecz znałem bohaterów wyłaniającej się z nich historii. Między innymi we Wszystkich Świętych 1977 roku odprowadzali mnie na Dworzec Wschodni, kiedy jako podchorąży wyjeżdżałem nocnym pociągiem do Wrocławia. Edward podarował mi wtedy tomik „Jeden dzień”, mówiąc, że ma format stworzony do kieszeni płaszcza, a treść – w sam raz na podróż. Dziś ta książeczka jest cenną pamiątką po poecie.

Dziękuję za rozmowę.

 

Jan jastrzębski, ur. 1952 r., swoje utwory publikował m.in. w „Kamenie”, „Nowym Wyrazie”, „Odrze” i „Borussi”. Jest autorem pięciu zbiorów prozy: „Fado o ogrodach”, „Drżąc”, „Błoto”, „Prozy kolejowe”, „Dzwonek” i „Zaćmienie księżyca”.

Wierzę, że trochę poprawiam świat filmami

j_kolskiZ reżyserem Janem Jakubem Kolskim rozmawia Mirosław Słapik.

Jak się czuje reżyser filmów fabularnych, kiedy uczestniczy w otwarciu kina w takim małym miasteczku jak Gołdap?

– Czuje się, jakby był bohaterem scenariusza napisanego przez scenarzystę słabo komunikującego się z rzeczywistością, który nie wie, że żyjemy w Polsce, gdzie nie otwiera się kin, w Polsce, w której nie pokazuje się polskich filmów z takim zapałem, jak na przykład amerykańskie.

Przyzna pan, że to niecodzienne zdarzenie by otwierać kino. Na co dzień jest przecież raczej odwrotnie.

Tak, czuję się jak w historii wymyślonej przez złego scenarzystę, ale czuję się zadowolony.

Wobec tego jak się odnajduje reżyser – bo rozumiem, że też ma pan takie odczucie – w obliczu upadku tradycyjnego kina, kiedy zaczyna dominować elektronika, kiedy w niebywałym tempie rozwija się kino domowe?

– Uspokajam moich studentów, którzy formułują tę obawę bardzo podobnie – jeśli komunikat wychodzący od autora jest silny, jest przemożny, promieniujący potrzebą poważnej rozmowy, na poważne tematy, lub choćby intencją ucieszenia widza, to nieważne, przez co on przechodzi, przez jaki nośnik, bo musi przejść przez technologię – taka jest natura tego medium. Musi przejść albo przez taśmę 35 mm, czyli żelatynę, halogenki srebra, nośniki koloru, albo przez zerojedynki.

Powtarzam, jeśli to będzie silny i szczery komunikat, to przebije się do serca widza przez cokolwiek.

Cóż, elektronika jest rzeczywistością, z którą trudno dyskutować. Z technologicznego punktu widzenia ten zapis sięga już poziomu zapisu na taśmie 35 mm i trzeba się powoli oswajać z myślą, że wyprawa do kina będzie wyprawą do pokoju z komputerem i cyfrowymi goglami.

„Jasminum” oglądałem dzisiaj po raz pierwszy i moje odczucie jest takie, że film jest w jakimś sensie esencjonalny w kontekście Pana twórczości. Jest w nim taki swoisty autotematyzm. Jest parę rzeczy, które spotkałem w innych Pana filmach…

– Bo to mój film, a ja mam określony kolor oczu i światopogląd. Znów powołam się na studentów. Staram się by przyjęli trzy postulaty które według mnie określają powinności reżysera poważnie myślącego o swojej pracy. Reżyser powinien swoim filmem poruszyć, opowiedzieć historię i dać się rozpoznać. I to jest ta hierarchiczna kolejność. Czyli, jeśli to odnoszę do siebie, to powinienem dać się rozpoznać w kolejnych filmach. Chodzi o odnawianie legitymacji upoważniającej do kolejnych spotkań z widzami za pośrednictwem ekranu

To nie był zarzut, ja również przyznaję, że prawdziwy artysta powinien być rozpoznawalny, a Pan jest wyjątkowo rozpoznawalny.

Kolejne pytanie, które mnie nurtuje, to element transcendentalny w tym wszystkim. W „Jasminum” jest sceneria klasztoru, ale czy to się sprowadza tylko do postawy chrześcijańskiej?

– Myślę że ludzkiej, humanistyczne. Niezręcznie jest mi dawać wykładnię moich filmów i stawać po tej stronie, która jest zarezerwowana dla ludzi zajmujących się opisywaniem kina, ale nie chcę być rozpoznawany jako filmujący… katolik. Transcendencja pod postacią tajemnicy, czy jakiejś szczególnej aury, raz trafia do filmu a raz nie. I to nie zależy od poziomu wiary reżysera. Moja wiara jest krucha i domaga się dowodów na istnienie, ale przecież nie raz dostępuję w filmie jakiegoś rodzaju łaski. To mnie zaskakuje i wydaje się naddatkiem słabo zasłużonym. Jakimś rodzajem kredytu.

Owszem, definiuję siebie jako człowieka o określonym, dość wyrazistym sposobie myślenia, ale staram się, by film nie niewolnikiem moich rozmaitych uwikłań.

Pomijając konkretny światopogląd filozoficzny czy też religijny – w Pana filmach znajduję ciepłe spojrzenie na ludzi i, nie wiem czy to jest to u Pana świadome, jakby przeświadczenie, że człowiek nie kończy się na skórze.

– Oczywiście, tak… Odpowiadając na któreś z pytań widzów, trochę zażartowałem, mówiąc, że robię takie filmy, by można było z nich odczytać mnie, autora, jako człowieka sympatycznego, lubiącego ludzi i że potem staram się być podobny do moich filmów.

To jest bliskie prawdy, podobnie jest z kobietami w moich filmach – one są zwykle lepsze niż kobiety w moim życiu. Podobnie jest z ludźmi w moich filmach – oni są lepsi, niż ci, których spotykam na mojej drodze życiowej.

Jest to jakby rodzaj zaklinania rzeczywistości – wierzę, że z tego promieniuje jako wartość nadrzędna filmów, to co razem z widzami idzie do domów i nie daje im przez parę dni spokoju. Jakiś rodzaj magii, eterycznej mgły, takiej pamięci, która otula ich w trakcie seansu, wychodzi z ekranu i że oni przez to robią się trochę lepsi. Jedni na trochę, inni na dłużej, zmuszeni do wspinania się na palce i myślenia o swoim życiu. Być może stają się bardziej uważni, zmuszeni do patrzenia na innego człowieka na trochę lub na dłużej serdeczniej.

Wmawiam sobie i trochę w to wierzę, że trochę poprawiam świat filmami, a to jest w istocie główne powołanie artysty.

Czy ma Pan poczucie, że to Pańskie kino jest zdecydowanie inne, osobne?

– Nie zajmuję sobie tym głowy. Po co tak patrzeć na własne filmy? Wrócę na chwilę do moich studentów. Otóż odkrywam ze zdziwieniem, że w kinie jestem odważniejszy od nich. To zadziwiające spostrzeżenie, bo przecież mam sporo więcej do stracenia niż oni. W każdym filmie staram się tak formułować język komunikatu, by dostąpić czegoś nowego. W sensie formalnym, każdy mój kolejny film jest inny od poprzedniego. Ze zdumieniem odkryłem niedawno jak bardzo nowoczesny jest „Pogrzeb kartofla”. To jest film z 1990 roku – a zobaczony dziś wygląda na szalenie odważne, współczesne kino, i pod względem faktury i sposobu opowiadania. Kino wprost z tego czasu.

Co się dostaje w zamian za zuchwałość w kinie? Zwykle lanie od krytyków. Więcej dostaje się za dyscyplinę, uważność i dobre przygotowanie. Bywa, że jeżeli

jest się wystarczająco uważnym, jeśli się ten materiał na film zorganizuje w wielkiej dyscyplinie i z dużą pokorą, to film się odezwie w którymś momencie i powie – proszę bardzo, oto ja, prowadź mnie taką drogą. I właśnie takie zadziwiające doświadczenie miałem z ostatnim filmem „Afonia i pszczoły”.

Mam 53 lata zrobiłem 12 filmów fabularnych, ponad 30 krótkich filmw, kilka teatrów telewizji i nie sądziłem, że spotka mnie coś takiego jak z „Afonią”. Otóż ten film, kiedy już był zmontowany, kiedy wydawało mi się, że jest ostatecznie skończony, właściwie zmusił mnie do zmiany sposobu myślenia o nim, do pójścia za takimi intuicjami, o których istnieniu w ogóle nie wiedziałem. Ten film do mnie przemówił jak człowiek – panie reżyserze, pan mnie nie zmontował tak jak pan powinien, proszę natychmiast zapomnieć o pańskich projektach z przeszłości, wejrzeć we mnie na nowo i zauważyć jakie nowe panu składam oferty. Pan jest idiota i pan marnotrawi potencjał, który ze mnie wynika. Proszę mnie zmontować tak i tak, i tak….. I ja wstawałem rano posłusznie, ściągałem z łóżka montażystę i mówiłem: „Witek, film mi mówi, że trzeba go inaczej montować”.

Z jakimi postaciami się wiążą Pana największe filmowe fascynacje – czy to są operatorzy, czy reżyserzy? co Pan przeżył najmocniej jeśli chodzi o kino?

– Pytany o to wymieniam nieodmiennie te same tytuły… „Rashômon” Kurosawy jako film, który ostatecznie sprawił, że zostałem reżyserem. Ten film wyleczył mnie ze strachu. Obejrzałem go jako dziecko w kinie „Uśmiech” w Popielawach. I kiedy wracałem wtedy z tego kina zapomniałem zsikać się ze strachu przy krzaczku, przy którym bardzo straszyło. Wracając z tego seansu byłem tak nim ogarnięty, tak bardzo zanurzony w tym wrażeniu, że w ogóle zapomniałem o istnieniu tego krzaczka. Wszyscy tam się bali, duzi, mali, starzy, młodzi – czy szli w dziesięć osób, czy w pojedynkę. Tam zawsze cichły rozmowy. Ja tymczasem wracając kawał drogi z tego kina i przechodząc kompletnie bezludną część wsi obok tego krzaczka, całkiem go nie zauważyłem. Wtedy pomyślałem, że musiała być jakaś niezwykła moc w tym obrazie, jakaś moc odejmująca strach. Jeśli kino ma taką zdolność, to pewnie ten, kto je robi ma jeszcze większą. Z tego namysłu narodziło się postanowienie zostania reżyserem.

Potem filmy Andrieja Tarkowskiego – „Andriej Rublow”, „Zwierciadło”, „Stalker”, „Dziecko wojny”. Kocham wszystkie jego filmy, nawet „Nostalgię”, choć ta ogarnięta już była taką potrzebą układania się z oczekiwaniami producenta.

Z polskich reżyserów to, nieżyjący już, Witek Leszczyński z jego „Żywotem Mateusza”, jego „Siekierezadą” i „Konopielką”.

Oczywiście Andrzej Wajda z wieloma jego filmami – „Ziemią obiecaną”, „Brzeziną”, „Popiołem i diamentem”. Nie jestem wielkim miłośnikiem jego ostatnich filmów, nie widziałem jeszcze „Tataraku”, ale słyszałem dużo dobrych opinii.

To są te nazwiska, to jest ten pejzaż ludzki, który miał wpływ na moją wyobraźnię, jakkolwiek trudno jest powiedzieć żeby któryś z tych Panów był moim mistrzem. Poszedłem swoją osobną drogą.

Za sprawą Pańskiej twórczości mnie jest trudno wyobrazić Pana jako człowieka dużego miasta. Czy to jest prawda? Jakby Pan siebie utożsamił z wsią, małym miasteczkiem, czy dużym miastem?

– Moje ulokowanie pośród ludzi i mój stosunek do miasta wynikają wprost z życiorysu. Pojechałem na wieś, do dziadków będąc dzieckiem urodzonym i spędzającym dzieciństwo w wielkim mieście, we Wrocławiu. To stało się w jedenastym roku życia, ta przeprowadzka. Przyjechała po mnie babcia i zabrała do pociągu. Bardzo się ucieszyłem z takiego obrotu spraw. W Popielawach spędziłem kilka lat życia, chodząc do szkoły i tam nasiąkając tym, czym można na takiej wioseczce nasiąknąć. Odkryłem po latach, że czas pomiędzy dziesiątym a czternastym rokiem życia jest okresem, w którym raz na zawsze odciska się w człowieku pieczęć wyobraźniowa. Właśnie wtedy dostaje się wyobraźnię i ona jest albo ze wsi, albo z miasta.

Tak było z Marquezem. Ojczyzną jego wyobraźni i jej karmicielką jest Aracataca. Wszystko, co wyszło spod jego ręki jest nasycone Aracatacą. Jego wyobraźnia jest ze wsi. I Moja wyobraźnia jest ze wsi. Mówię oczywiście o gatunku wyobraźni, bez wartościowania. Ale najbliższe prawdy jest takie opisanie mojej sytuacji; utożsamiam siebie głównie z autem, bo w nim spędzam najwięcej czasu. Jeżdżę do Warszawy, wracam z Warszawy, jeżdzę do Łodzi, wracam z Łodzi, ale ciągle marzę o spokoju i ciszy z Popielaw. Nawet bawi mnie ten paradoks – człowiek którego ukochanymi żywiołami są samotność i cisza, pracuje w tłumie i w zgiełku.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

…w samolocie czuję się cudownie oderwana od codzienności

16_bn_z_renata

16_bn_z_renata

Z izraelską pisarką Renatą Jabłońską rozmawia Mirosław Słapik.

 

Podczas spotkania w Bibliotece Narodowej i prezentacji Twojej książki „Przed odlotem” powiedziałaś, że lubisz latać…

– Rzeczywiście lubię – „fizycznie”, a także dlatego, że w samolocie czuję się cudownie oderwana od codzienności. A że latam ostatnimi laty głównie do Polski, cieszę się na pobyt tam, a potem cieszę się, że wracam na swoje śmieci w Tel Awiwie.

Wyjechałaś z Polski do Izraela na stałe w 1957 roku, mimo to sporo książek publikujesz w języku polskim i w Polsce…

– Prawie wszystkie moje książki zostały opublikowane w Polsce. Opowiadania w czasopismach izraelskich, amerykańskich…

Czym dla Ciebie jest Izrael, czym Polska?

– Izrael to już mój kraj, wrosłam w niego w ciągu 52 lat, zwłaszcza „mój” jest Tel Awiw. To trudny, skomplikowany kraj. A Polska to moje korzenie, moje wczesne dzieciństwo, moja młodość, kultura, język ojczysty…

Co było przed 57 rokiem, jeśli to nie jest tajemnica? Jakie było Twoje dzieciństwo?

– Jako dwunasto- trzynastotolatka podziwiałam młodzież z ZWM-u, to byli dla mnie bohaterowie, którzy walczyli z faszystami i wierzyłam, że wiedzą też co dobre dla Polski. A w 57 już byłam dorosła, na trzecim roku studiów. I już widziałam rzeczy dość trzeźwo – wszystkie mrzonki na temat lepszego świata wyparowały mniej więcej po śmierci Stalina, choć w domu panował sceptycyzm, który nie zawsze pojmowałam, bo byłam naiwna, romantyczna, chciałam, żeby świat był lepszy… Przedwojenne dzieciństwo, którego, niestety, nie pamiętam, ale znam je z opowiadań rodziców, było szczęśliwe, bo rozpieszczali mnie i dziadkowie Klepkarczykowie i dziadkowie Jabłońscy, i wujowie i ciotki… Wszyscy oni zginęli w czasie wojny. A powojenne późniejsze dzieciństwo w szkole TPD-owskiej było raczej wesołe, pełne wygłupów z kolegami (w podstawówce) i z koleżamkami – aż do matury. Mieszkaliśmy w ciężkich warunkach, w jednym pokoju, ze wspólnymi wygodami z sąsiadami, ale byliśmny razem – rozumiałam jakie to szczęście, że mam rodziców. Wiedziałam o osieroconych w czasie wojny dzieciach, poznałam takie, które ocalały po ucieczce z gett…

Studiowałaś polonistykę, ale to chyba nie jest jedyny powód Twoich literackich pasji?

– Od najmłodszych lat dużo czytałam. Na Syberii uczyłam się pisać i czytać po polsku z książki Korczaka „Bankructwo małego Dżeka”. Potem strasznie lubiłam wiersze Tuwima dla dzieci (o Słowiku, o Babci i Kurce Złotopiórce, Lokomotywę…) A już będąc w szkole czytałam książki zbyt na mój wiek poważne (np. „Rodzinę Thibault” du Garda czy „Na zachodzie bez zmian” Remarque’a…), dopiero potem Sienkiewicza, później Londona, lubiłam książki przygodowe i o Indianach… Nie miałam jeszcze sprecyzowanego pomysłu na to, kim chcę być. Należałam nawet jakiś czas do kółka biologicznego. Dopiero w ostatnich klasach liceum zaczęłam myśleć o pisaniu, ale raczej o publicystyce. I zaczęłam pisać, do szuflady. Dopiero gdy naprawdę wydoroślałam, zwłaszcza po przeżyciach związanych z opuszczeniem Polski, i po trudnym bardzo okresie adaptacji w Izraelu, wiedziałam, że chcę pisać.

No właśnie – w Twojej refleksji, dyskursie z rzeczywistością obecna jest nie tylko literatura.

– Pewnie, jak może być inaczej? Literatura czerpie z życia i nawet tematy fantastyczne czy science fiction mają wątki zbliżone do realistycznych.

Wracam znów do spotkania w Bibliotece Narodowej… Prowadząca nasze spotkanie prof. Beata Tarnowska mówiąc o naszej prozie ujęła ją również w kontekście realizmu magicznego i nawet pewnego ewenementu na gruncie polskim. Jakie jest Twoje zdanie na ten temat?

– Bardzo mi to schlebia, bo lubię taką literaturę (nie mówię, oczywiście, o własnym pisaniu). A tak w ogóle, to czasem mnie trochę wkurzają klasyfikacje na siłę, np. „upychanie” w postmodernizmie… Czy pisarz musi świadomie być jakoś „uszufladkowany”? No, tym się zajmują krytycy i historycy literatury i nie można im przeszkadzać. To ważne dla przyszłych pokoleń twórców i krytyków, nie?

Przedstawiłaś też swoje tłumaczenia z hebrajskiego na polski prozaików izraelskich – czym się kierowałaś dokonując tego wyboru?

– Przełożyłam opowiadania czternastu najwybitniejszych pisarzy izraelskich piszących po hebrajsku. Wyboru dokonał głównie prof. Moked, ja tylko wyrażałam zgodę, lub zamieniałam jakiś tekst na inny.

Podczas spotkania padło pytanie o Twoje spojrzenie na obecną sytuację Izraela w kontekście geopolitycznym.

– Tak, i powiedziałam, że niestety, czarno widzę, gdyż ekstrema palestyńska, głównie Hamas, i izraelska ekstrema prawicowo-religijna będą torpedować wszelkie próby dojścia do porozumienia.

Teraz pytanie może banalne, ale lubię j zadawać, bo mnie to zawsze interesuje – twoje literackie, a może nawet artystyczne pasje…

– Literackie, to czytanie różnej (dobrej) literatury pisarzy z różnych krajów. Artystyczne – czasem próbuję trochę szkicować, albo robię takie niby rzeźby z drutu… Lubię malarstwo i żal mi, że nie mam talentu do malowania, bo nachodzą mnie pomysły, których nie umiem zrealizować. I żal mi, że nie gram na żadnym instrumencie. Lubię teatr, nawet napisałam dramat zatytułowany „Fakir”.

A życie „codzienne” – co robisz kiedy nie tworzysz, nie czytasz, nie słuchasz muzyki?

– Spaceruję, obserwując otoczenie, ludzi, spotykam się z przyjaciółmi… I karmię podwórzowe koty (sterylizowane), które lubię obserwować, bo mają wiele wdzięku, są „niezależne”, a charaktery mają tak różne jak ludzie. No i trzeba przecież czasem robić zkupy, załatwiać coś na poczcie, czy w innym biurze… I te domowe, powtarzające się do znudzenia, codzienne zajęcia też trzeba wykonywać.

Dziękuję za rozmowę.

Pan Bóg dał każdemu talent po to, by ten talent rozwijał

u_pana_11Z aktorami występującymi m.in. w filmie „U Pana Boga w ogródku” rozmawia Mirosław Słapik.

Krzysztof Dzierma jest z wykształcenia kompozytorem po Akademii Muzycznej, Adam Zieleniecki jest aktorem. Obaj są związani z teatrem, są też wykładowcami.

Film „U Pana Boga za piecem” był realizowany w 1998 roku – czy macie takie odczucie, że od tego czasu jesteście jakby w nowej rzeczywistości?

Krzysztof Dzierma: Na pewno jest to trochę inna rzeczywistość. Jesteśmy jakiś sposób rozpoznawalni. Czasem to pomaga, czasem nie. Nieraz wykorzystujemy to z premedytacją, choćby nawet w urzędach (śmiech).

Adam Zieleniecki: Dzięki temu mam bardzo duży kontakt z naszą policją. Nawet czasami dochodzi do współpracy, ponieważ oni organizują przeróżne konkursy dla dzieci. Nawet w Teatrze Dramatycznym są spektakle o bezpieczeństwie na drodze. No i czasami to prowadzę.

Krzysztof. Jesteś kompozytorem, nie chciałeś mówić podczas spotkania o sobie, że jesteś aktorem profesjonalnym, chociaż Adam oponował i uważam, że słusznie – czy wobec tego Twoja przygoda z filmem fabularnym wymagała wyrzeczeń?

Krzysztof Dzierma: Raczej wyrzeczeń psychicznych. Bo kiedy zaczynałem tę pracę to nie zdawałem sobie sprawy z czym to się wiąże. Szczerze mówiąc to już po kilku dniach miałem dosyć. To było bardzo eksploatujące. Dzień zdjęciowy rozpoczynał się o świcie. Przyjeżdżaliśmy, kiedy było jeszcze ciemno. To jest naprawdę ciężka praca fizyczna. Stwierdziłem, że to dobrze, iż nie jestem aktorem profesjonalnym, bo na pewno na co dzień nie chciałbym tego robić.

A gdybyś dostał propozycję zagrania w jakimś filmie?

Krzysztof Dzierma: Na postać księdza u Bromskiego raczej bym się zgodził, ale z propozycji zagrania w innym filmie raczej bym nie skorzystał. Wracając do pojęcia „aktor profesjonalny”? Szkoła, szkołą. Można skończyć szkołę i w ogóle nie być aktorem. Natomiast aktor profesjonalny powinien mieć bardzo rozległy wachlarz umiejętności i umieć grać. Grać to grać, a być to być. W moim przypadku jest raczej to drugie – korzystam z tej swojej natury, ludziom to się jakoś podoba i to jest przypisane tylko tej jednej postaci. Bo gdyby pojawił się na przykład w filmie lekarz o takim samym usposobieniu i temperamencie, to ludzie pewnie by powiedzieli: kurczę i ksiądz taki i lekarz. Tu akurat wiem co mówię, tu była świadomość tej kreacji. Generalnie grałem głownie siebie, czyli Krzysztofa Dziermę, który jest taki a nie inny. Taki, który trochę pogada, trochę pomędrkuje, trochę pofilozofuje.

Adam – dałeś dziś przykład swoich umiejętności aktorskich, czym mocno rozbawiłeś publiczność. Mówiłeś o aktorstwie lalkarskim, jak o czymś specyficznym i zgoła trudniejszym. Czy te umiejętności były dla Ciebie ułatwieniem, jeśli idzie o rolę u Jacka Bromskiego?

Adam Zieleniecki: Myślę, że tak. I mam tu na myśli nie tylko film, ale również teatr. W szkole mieliśmy zajęcia z tego typowego aktorstwa, ale uważam, że te zajęcia z lalkami, gdzie aktor przekłada siebie na lalkę wymaga większych umiejętności. Aktor widzi jak ta lalka gra, obserwując lalkę widzę, jak ja mogę zagrać. Jaki ja jestem i jaki jest mój charakter.

W przypadku aktora zawodowego jest mniejsze ryzyko zaszufladkowania. Bo weźmy kapitana Klossa – kiedy Mikulski zagrał pana Samochodzika to pokazał się od zupełnie innej strony i naprawdę bardzo fajnie grał. Od tej strony stał się również popularny.

Z drugiej strony weźmy Hollywood – jest tam wielu znanych aktorów, którzy nie skończyli szkoły aktorskiej. Daniel Olbrychski dopiero niedawno zrobił dyplom. Szkoła jakąś tam możliwość daje, człowiek ze szkoły wychodzi z dyplomem. Ale mówi się, że Pan Bóg dał każdemu talent po to, by ten talent rozwijał. Krzysiek przecież już zagrał w wielu spektaklach. Dlatego Bromski go wziął, bo widział jak on gra.

Krzysztof Dzierma: Jemu typ odpowiadał a nie sposób gry. Choć tu masz rację, że szkoła niekoniecznie uczy. Czasem powtarzam – bo skończyłem Akademię Muzyczną – że ta szkoła nauczy zasad harmonii, ale poczucia harmonii nie nauczy. Szkoła nauczy kontrapunktu, ale nie intuicji prowadzenia głosów jak to jest w polifonii. Są pewne rzeczy, które wychodzą z natury. Tak samo w aktorstwie jeden ma tę iskrę bożą, drugi nie.

Rola policjanta z „suszarką” wskazującą kosmiczne prędkości chyba nie była łatwa?

Adam Zieleniecki: Nie jest to rola łatwa, tym bardziej, że tam w pewnym sensie grało się przygłupa. A konkretnie było dwóch przygłupów. Wystarczy przytoczyć jeden z dialogów, w którym policjant mówi: Będziesz miał patrol w nocy. Tamten odpowiada: Przecież mnie żonka nie puści, jak mogę mieć patrol w nocy. To była ciężka praca jak sto diabłów bo dostaliśmy te mundurki, które nie przepuszczały powietrza. I naprawdę z tego powodu współczuję naszej policji. Stałem w trzydziestostopniowym upale na szosie. Od asfaltu było prawie pięćdziesiąt. I tak jak Krzysiek mówi – od szóstej rano do wieczora. Co jakiś czas podchodziły kobiety i pod parasoleczkami obcierały nas chusteczkami. Po przyjściu do domu myślałem tylko o tym, by się położyć.

Ciekawostką jest sceneria filmu, którego fabuła obraca się wokół jednej miejscowości?

Krzysztof Dzierma: Tak naprawdę jest to kompilacja różnych miejsc, różnych obiektów. W rzeczywistości czasem od siebie oddalonych o 200 lub 300 kilometrów. Niektóre sceny były kręcone w Warszawie. W jednej z części areszt policyjny był w cytadeli. Komenda była kręcona w Supraślu i budynku starej poczty, restauracja była w Tykocinie. Płoty w Wierzchlesiu. Z płotami była ciekawa historia, bo tam była taka tradycja, że wielodzietne rodziny obdzielało się po równi. Więc każdemu dawano po kawałku ziemi tej samej klasy. I stąd tyle płotów. Teraz już były kłopoty z tymi plotami, bo coraz więcej jest porozwalanych.

Natomiast sceny Adasia w Królowym Moście są autentyczne, bo tam była prawdziwa tablica. Czasem w filmie prześwituje cerkiewka z Królowego Mostu. W filmie wydaje się, że to jest rozległa miejscowość, a w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej.

Adam Zieleniecki: Natomiast kiedy spotyka się ludzi, którzy jeżdżą śladami tego filmu to są bardzo zadowoleni. Że mogą odwiedzić dzięki temu tak duży region i w ten sposób bardziej go poznać.

Krzysztof Dzierma: Sugerowałem burmistrzowi Sokółki, by upamiętnił takie miejsca, gdzie kręcono film. To wykorzysta Sandomierz w przypadku „Ojca Mateusza”. Tak jest choćby w Londynie.

I to przynosi dochody.

Krzysztof Dzierma: Tak. Potem na przykład ludzie pytają: gdzie ta wędzarka? A to przecież była z tektury postawiona szopa, z której puszczono dym i umieszczono wcześniej uwędzone wędliny.

I już na koniec – co dziś polecałeś gołdapianom?

Adam Zieleniecki: Polecałem spektakle naszego teatru. A mamy i dla dorosłych i dla dzieci. Z niektórymi spektaklami nie możemy przyjechać, bo są za duże. Polecam choćby przedstawienie „Biegun”. Mówię tu o żywym planie. Choć w „Biegunie” są również Lalki.

Dziękuję za rozmowę.

Fot. Jarosław J. Jasiński

u_pana_13

u_pana_13

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *