Recenzje

Tekst ukazał się w „Borussi” (nr 56, 260 str.)

Terytoria Janiny Osewskiej

Najnowszy zbiór poezji Janiny Osewskiej z zaimkowym tytułem „Tamto” przeczytałem kilkakrotnie – najpierw od początku, potem począwszy od ostatniego wiersza. Chciałem się między innymi upewnić, czy nie uległem afektacji i czy w tym wypadku pierwsze wrażenie sprzyja dłuższemu poznaniu. I tu warto dodać, że Janina Osewska daje czytelnikowi czas na dłuższe poznanie, ponieważ na kolejny, trzeci od debiutu książkowego w 2003 roku, tom czekaliśmy całe osiem lat. Nie oznacza to jednakowoż, że w tym czasie autorka ciepło przyjętych tomików – „W stronę ciszy” (2003) i „Do czasu przyszłego” (2007) – artystycznie próżnowała, poezja bowiem to nie jedyny środek wyrazu, jakim się posługuje – innym, wydaje się, że nie mniej dla niej ważnym, jest fotografia. Wystarczy wymienić cykl jej zdjęć związanych z pobytem w Nowym Jorku, w Nowej Zelandii lub, skupiający się na mikrokosmosie, album „Okruchy”.

Przecież poezja to nie tylko słowa, ale także to coś, co jest poza nimi, co przekazać może również i malarstwo, i muzyka, i fotografia. Toteż osobną pasją, która znajduje odzwierciedlenie w obu artystycznych dziedzinach uprawianych przez Janinę Osewską, są podróże. Pomijam tu podróże w czasie, gdyż „Tamto” w dużej mierze jest rzeczą o dotykaniu, smakowaniu, przenikaniu zmysłami, nawet takiego świata, jaki przez część z nas jest odrzucany – nierzadko odruchowo z dreszczem i ze strachem.

„Tamto” to zaimek wskazujący, sugerujący dystans i odległość. „Tamto” może zastąpić rzecz lub zjawisko. Zatem wypowiadając to słowo, możemy mieć wizję czegoś konkretnego, czego jednocześnie celowo nie chcemy nazwać, by nie odtajemniczać i nie ograniczać rzeczy dookreślaniem.

Poetka w wierszach z najnowszego zbioru dotyka nie tylko domu Doroty, jeziora Necko, chłopców z augustowskiej klasy IV b, murów Casa di Piero, kamieni katedry Duomo, osób związanych z kulturą i sztuką, ale również umierających najbliższych. Przez mocną chwilę goszczą w tomiku – choroba i śmierć, i to ukazane z detalami, nawet kolorystycznymi, co nie pozwala na dogłębne pogrążenie się w dramacie, ale stwarza dystans – świadomie lub nie – kierując czytelnika w stronę paradoksu, a nawet gorzkiej ironii. Przykładem może być fragment wiersza „W podróży z chorym ojcem”:

Tego roku grudniowe pola są zielone, a twoja twarz – żółta jak rzepak.
Wielu medyków głowi się, dlaczego zimą jesteś w kolorze lata.

Ty i słońce to dwa źródła żółci. Jedno zatruwa ciało, drugie karmi
ziarna ozimin pod skibami ziemi.
(…)

Poeta pisze, bo nierzadko poprzez to próbuje przezwyciężyć lęk i nie tylko nadać sens absurdom, ale czasem (w indywidualnym odczuciu) absurdalną konstrukcję wszechświata wpisać w sens jako coś nieuchronnego, z czym trzeba się pogodzić, nawet umieć się absurdem… zachwycić. Poeta również pisze po to, by stworzyć poczucie bezpieczeństwa na swoim terytorium, poprzez dzielenie się odkryciami i grę wyobraźni. A te wcale nie muszą być jednoznaczne, dobrze, kiedy przy kolejnych czytaniach pozwalają odnajdywać w wierszach coś nowego – i autorka „W stronę ciszy” mi to zapewniła, choćby w jednym z najkrótszych wierszy z tomiku zatytułowanym „Rozmowa w ogrodzie”:

Granicę zburzyły słowa o sile rwącej rzeki.
Bliskość stała się realna jak dwa naprzeciw siebie talerze.

Niezauważalnie pękły pąki, urosła trawa,
przeleciały ptaki i czas, których nie pojmiesz.

Wszechobecne w wierszach Janiny Osewskiej – konkret, detal i okruch – przykrywają kolejne warstwy i nawet onieśmielają. To odczucie wzmacnia dobry warsztat – szkatułkowa precyzja w obrazowaniu i budowaniu metafory.
Lubię, kiedy wiersz mnie onieśmiela, kiedy próbuję go rozgarniać ostrożne niby delikatną firankę, by potem dotrzeć do okna. Lubię, kiedy za oknem po lekkim przetarciu szyby widać świat złożony z drobiazgów, świat delikatnie, ale ustawicznie, ruchomy i to nie tylko od wiatru, czasu i zdziwienia, ale też od intelektualnej refleksji. Kiedy śmierć sugeruje na dodatek w tym świecie szybkie narodziny, kiedy zgoda na siebie przezwycięża lęk.
Bo czyż nie jest potrzebna zgoda i odwaga, by w takiej jak ta hierarchii układać listę rzeczy ważnych?

(…)
Każdy ma swoją listę rzeczy ważnych. Dla jednych jest to drabinka
do suszenia bielizny, dwa haftowane krzyżykiem obrazki, mały gobelinek,
koronkowe serwetki, buty w czarno-białe ciapki, maszyna do szycia,
telewizor, lodówka.
Dla innych pamięć słów, szeptów i dotyków konającej dłoni.
Zapachy i stygnące łzy gromnicy, ostatni grymas pierwszej zmarszczki.
Zdziwienie, że już i że tak. I pytania. Bez odpowiedzi.

Najnowszy zbiór Janiny Osewskiej zawiera 39 wierszy ułożonych tematycznie, a właściwie chronologicznie, bowiem podróżowanie w czasie zaczyna się tu od głębokiego dzieciństwa – od zabawy w „pitoki”, kiedy „Trafienie monetą rozbijało bank”. Dalej jest dziecięca zabawa w teatr i typowy wpis w dziecięcym pamiętniku: na górze róże na dole fiołki… Zaś ten niby-prolog podsumowany zostaje dwuwierszem kończącym utwór bez tytułu:

(…)
Jeszcze nie wyschły buty, a już kiełkują ziarna
oswajanych miejsc.

Niezwykle ważne dla poetki jest obcowanie z kulturą i dorobkiem cywilizacyjnym, także z osobami, które coś wnoszą do jej intelektualnego i duchowego świata poprzez obcowanie bezpośrednie. Dlatego oryginalne zakończenie zbioru może być niejako hołdem dla tych osób, bowiem poetka w ostatnim wersie oddaje głos Katarzynie Herbertowej:

(…)
Napisała Pani: czekam ciągle, żeby ktoś mi coś przeczytał…
(Rozmowa z Katarzyną Herbert)

Paradoksalnie słowo „Tamto” augustowskiej poetki, mimo swojej wielowarstwowości, nie oddala. Raczej w zestawieniu z całością książki współtworzy szczególnego rodzaju oksymoron.

Mirosław Słapik

__________
Janina Osewska, Tamto, Wydawnictwo „Pogranicze”, Sejny 2015, 56 stron.

Mirosław SŁAPIK (tekst z 2006 roku)

 

Mirosław SŁAPIK (recenzja z 53. numeru “Borussi”)

Czy można się tu zadomowić?

 

Szpital w literaturze ma niemal zawsze coś z antyutopii i niekoniecznie musi to być ów absurdalny, doprowadzony do skrajności, klimat z „Siedmiu pięter” Buzzatiego czy „Lotu nad kukułczym gniazdem” Keseya, bowiem już sam z siebie szpital przywodzi na myśl pułapkę i swoistą instytucję totalną, w której trudno się zadomowić, co próbujemy na co dzień oddzielić i wyprzeć ze swojej egzystencjalnej wizji. Szpital to coś, co nas nie dotyczy, dopóki sami (albo ktoś nam naprawdę bliski) nie znajdziemy się tam jako użytkownicy. I niewykluczone, że ten zapewni sobie lepszą pogodę ducha, kto potraktuje szpital jako immanentny element ludzkiego żywota – krainę, której języka warto się jednak uczyć. Bez względu na to, czy to nastąpi w wyobraźni, czy też „w praktyce”.

Chcąc nie chcąc szpitalnego języka uczył się prozaik Jan Jastrzębski tuż po wybuchu stanu wojennego i po trzydziestu kilku latach od tamtego doświadczenia ukazał się wreszcie efekt jego obserwacji uczestniczącej w postaci mikropowieści „Zaćmienie księżyca”. Podobnie jak Borges, Jan Jastrzębski skupia się wyłącznie na krótkich prozach, a to wymaga nie mniejszego mistrzostwa niż przy pisaniu dłuższych powieści. To wręcz odrębny rodzaj literackiego rzemiosła. Zaś „Zaćmienie księżyca” przyciąga od razu, bowiem pod stonowaną i jednocześnie wysmakowaną barwą języka kryje się mocne uderzenie.

Stan wojenny w tym wypadku stał się pretekstem nie tyle do refleksji o wolności politycznej, co do myślenia o wolności szeroko pojętej i tylko pozornie tu sprozaizowanej – bo metaforycznej, nie mniej ważnej, bo idzie o wolność arcyludzką, sprowadzającą się do uwolnienia od… mankamentów naszego ciała. W najgorszym wypadku w szpitalnym państwie trzeba się jakoś urządzić i jednocześnie wyrwać się stamtąd za wszelką cenę, choćby minimalizując ból lub… umierając.

Wszak bohater „Zaćmienia…” Nagoreczny (i pewnie alter ego autora) progi szpitala przekroczył z bolącym kolanem i jak na ironię książka też rodziła się w bólach, gdyż w wydawnictwie „Nowy Świat” dojrzewała chyba ponad sześć lat.

Jednakowoż proza ta nie straciła ani na wartości, ani na aktualności. Mimo pomruków generała i refleksji o komitetach kolejkowych autor na swój sposób przekazuje filozofię uniwersalną z niezmienną scenerią. Jest to świat, w którym nierzadko pierwsze kroki trzeba stawiać od początku, gdzie słucha się nowej filozofii i weryfikuje się swoją dotychczasową, gdzie pacjent pan Lucjan z dumą opowiada, że w jego nodze „coś tam wyczyniano z jego żyłami”.

Jastrzębski jest jednocześnie uczestnikiem, życzliwym obserwatorem i odkrywcą. Już w momencie otwierania drzwi z napisem „I Oddział Chirurgiczny” skonstatował, „że spośród jego rzeczy oddanych na przechowanie najwyżej wyceniono buty”.

Mimo niewielkiej objętości przez dwanaście rozdziałów „Zaćmienia księżyca” przewija się niemało postaci, zręcznie scharakteryzowanych, choćby wspomniany pan Lucjan z obciętą nogą. Wszystkie, nawet te najcięższe przypadki, autor potraktował ze specyficznym humorem, jakby próbując ocieplić to, co z definicji emanuje chłodem.

(…) Pana Feliksa, zajmującego łóżko po lewej dosięgła pięćdziesiątka tudzież kłopoty z żoładkiem i wątrobą. Razem z nim ocieplał przeciwległą ścianę pan Józek. Trapiły go podobne dolegliwości, a że uzbierał ledwie trzydziestkę z groszami, znosił je znacznie lepiej i, jak przystało na taksówkarza, co rusz kursował między salą a korytarzem. (…)

 

Próby oswajania chłodu bywają tu różne, odchodzący i przychodzący nieuchronnie przywołują myśli o ostateczności:

(…) – Ale śmierci się pan boi – zwyrokował w ciemno jeden z „panów”, jakby od dawna chował w zanadrzu ten czarci kamień i właśnie teraz zechciał go rzucić do ogródka szpitalnego gawędziarza.

A śmierci się boję – zająknął się tamten. – Żeby ktoś powiedział: „Idź pan do najcięższego więzienia o chlebie i wodzie, a nie umrzesz pan, tylko będziesz pan tam siedział”, poszedłbym tam. (…)

 

O szpitalach pisano wiele – wspomniany Buzzati zrobił z tego antyutopię, w sposób poetycki doświadczenia z tym związane spisywał Czesław Mirosław Szczepaniak, natomiast Jan Jastrzębski w swojej językowej szkatułce zrobił to jeszcze inaczej – wypuścił co prawda swojego bohatera na pozaszpitalną wolność, ale jedno z pytań postawionych czytelnikowi może brzmieć: jak sobie poradzić z nieuchronnością? – nie śmiertelną lecz szpitalną.

Bohaterowie „Zaćmienia księżyca” to osoby szczerze zauważone przez pisarza, ze swoją filozofią, osobliwymi światami i wręcz turpistycznym nierzadko wyglądem, bowiem jedną z ważnych cech pisarstwa Jana Jastrzębskiego jest empatyczność. Ale jest jeszcze przynajmniej jedna rzecz, która stanowi o sile jego prozy. Jan Jastrzębski pozwała obcować czytelnikowi z prawdziwymi perełkami językowymi. Niejako metaforycznym dowodem niech będzie to, że jego portret znalazł się wśród wizerunków 25 poetów na wystawie „Poeci z Krainy Nord” w Leśniczówce Pranie, choć autor „Błota” nie wydał ani jednego tomu poezji.

Mimo to „Zaćmienie księżyca” nie jest tak poetyckie w artystycznym wyrazie jak jego „Prozy kolejowe”. W wymowie, co jest w tym wypadku korzystne, bywa bardziej dosadne, czasem wręcz brutalne. Godną podkreślenia jest wyważona forma tej książki.

„Zaćmienie księżyca” to szósta książka Jana Jastrzębskiego, warto po nią sięgnąć nie tylko dla głębszej refleksji, ale choćby dla samego obcowania z dobrym warsztatem prozatorskim.

_______________________

Jan Jastrzębski, Zaćmienie księżyca, Warszawa 2014, 64 s.

 

Szczegół fizyczny, szczegół metafizyczny

 

„Monodia” to termin muzyczny, to pieśń jednogłosowa, czasem oparta na psalmach, to także tytuł najnowszej książki poetyckiej Marzanny Kielar, wydanej niedawno przez prestiżowe wydawnictwo „Znak”.

Czytając ten tom od razu wyobraziłem sobie zwykłe okno, z niego widok na wszechświat, w którym galaktykami są owady, rośliny, kamienie i ziarenka piasku. Gdzie każda skalna żyłka, każde poruszenie jest czymś niezbędnym i wszechogarniającym cały kosmos, gdzie i gest, i ciało, nigdzie i nigdy się nie kończą. Gdzie jednoczy się wszystko i – paradoksalnie – pozostaje kreatywnym. To postawa właściwa mistykom, choćby w myśl tego, co powiedział współczesny filozof Ken Wilber: Im mniej przestrzeni, tym więcej głębi.

Jednak na początek to tyle w miarę optymistycznej refleksji, bo w tym w jakimś sensie fizycznym, i jednocześnie rozczłonkowywanym na metafizyczne cząsteczki, świecie Marzanny Kielar, niby spoiwo, niby staccato przewija się śmierć. Wydaje się, że Ona jest motywem przewodnim tego nad wyraz konsekwentnie ułożonego zbioru. Że owa wyrazista dysproporcja pomiędzy tym, co nazywamy życiem, a rzeczywistym odczuciem poetki jest już tylko kontynuacją eliotowskiego doświadczenia. „Ona” to jeden z dwóch rozdziałów tomu, to także wiersz przypominający senny koszmar.

Ona, która ma moją twarz sprzed narodzin,

 

Ona, która przydławia tlen,

Otwiera mnie wzdłuż zrośniętego szwu,

Odgarnia we mnie śnieg – ona, której się śnię. Nóż bez rękojeści.

Odech lawiny, która mnie rodzi.

 

Ona. To

 

Warto podkreślić, że w rozdziale tym oprócz „Onej” rodzajem żeńskim można określić i rękę, i pamięć, i miłość. Jednak tu nie ma płci – jest tylko rodzaj żeński. Jest miłość – nie ma erotyki, którą tak mocno nasycona była i „Matheria Prima”, i „Sacra Conversazione”. Toteż nasuwa się pytanie – metamorfoza to, czy maska? Autorka nazbyt intensywnie pobudza niepokój – ile w tym spontaniczności, ile świadomego chłodnego artystycznego prowokującego gestu?

Mimo tych wątpliwości precyzyjnie zobrazowany niepokój pozostaje zasadniczą tonacją „Monodii”. Wystarczy choćby przeczytać rozpoczynający tom wiersz „Prognoza”. Jest to zarazem początek rozdziału pierwszego zatytułowanego „Po”, będący jednocześnie swoistym rozliczeniem:

Sceny myśliwskie i sceny żebracze; sceny miłosne;

Panoramy wojenne, tokowiska;

Tory wyścigów, domy mody, bestiaria, parki maszyn;

 

Natomiast ostatnie wersety „Prognozy” po pierwszym przeczytaniu u mnie wywołały… dreszcz:

 

I ziemia zniknie w gardle nicości jak nakrapiane jajko

 

Odnalezione w płytkim, wyścielonym trawą

Wgłębieniu czasu.

Ogniu, który wiesz wszystko –

Jaką zmarzlinę przykryje popiół,

Ta kostna czerń?

 

Znamiennym jest, że poetka pyta nie o to: „Co przykryje czerń?”, lecz: „Jaką zmarzlinę?” Czyżby to właśnie w tym zawierało się u niej zdecydowane, za tym i porażające, określenie naszej doczesności? Przeto po jednorazowym przeczytaniu „Monodii” odniosłem wrażenie, że rdzeniem tej poezji jest nieuchronność życia jako katastrofy, nawet nieuchronność miłości jako katastrofy. Dlaczego?

 

Na swoich nagich brzegach morze – w szronie gwiazd –

Jak zapomniana boska część nas samych

Powtarzało, bezsennie: miłość,

Miłość.

 

Mimo to, w tej świetnej, uderzającej, czasem wzbudzającej sprzeciw, i odważnej poezji chyba znajduje się bardziej optymistyczna alternatywa, tyle że dla jakiejś (tu wyczuwalnej tylko intuicyjnie) esencji człowieczeństwa, która powinna być gdzieś poza „domami mody” i „parkami maszyn”. Bo „to jest w nas” – czytamy w innym z wierszy, w którym jakże wymownym jawi się oksymoron: „niszczycielskie, budujące wody”.

 

A jednak w nas jest koryto tej zimnej rzeki, gdzie czas

jak drapieżna ryba powoli objada kamienie

Z porastającej słodyczy dni; w nas: uprzątające,

Niszczycielskie, budujące wody,

Gdzie śmierć, niczym prąd wstępujący, działa nieprzerwanie.

 

Można zatem zadać pytanie, czy w wierszach z nowego tomu Marzanny Kielar śmierć jest przeciwieństwem życia, czy jego elementem? Może płaszczem, który należy z siebie strząsnąć. Albo, jak to bywa w przypadku ćmy, symbolicznym dopełnieniem życia poprzez zniknięcie w płomieniu świecy. Celowo napisałem zniknięcie, bo nikt nie wie, czy jest to unicestwienie.

Część odpowiedzi na to pytanie dało mi to wcześniejsze intuicyjne przywołanie autora „Środy Popielcowej”. W beznadziejnym świecie Eliota, w jego technice poetyckiej nieodłączną rzeczą jest szczegół – dominuje jednakowoż filozoficzny, mitologiczny i historyczny, czasem obyczajowy. Zgoła inaczej, jaśniej, patrzy na świat autorka „Matheria Prima” – w przeciwieństwie do Eliota dostrzega coś poza własnym wnętrzem. Widzi konkret i biologię. Okazuje im przychylność. Zauważa przyrodę, otula ją słowem, choć z dystansem większym niż to miało miejsce we wcześniejszych wierszach.

 

Zostaw nam noc – jej przelewające się poidła;

 

Zostaw to miejsce pod kamieniem –

Jak larwy jętek i widelnic w górskim strumieniu

Przylgniemy spoconymi ciałami blisko jego spodu

I śmierć nas nie porwie;

 

Zostaw nam liście i kamienie

 

Podobnie jak poprzednie, piąta książka poetycka Marzanny Kielar jest duchowym i absolutnie wyjątkowym wydarzeniem w krajobrazie współczesnej poezji polskiej. W wierszach autorki „Sacra Conversazione” od początku urzeka mnie precyzja w obrazowaniu, osobny poetycki warsztat, a zwłaszcza to podskórne napięcie, które teraz w „Monodiach” w tak wstrząsający sposób wypłynęło na powierzchnię. Nieczęsto można spotkać poezję tak przemyślaną i tak bardzo dopracowaną i chyba nie będzie ryzykiem z mojej strony, jeśli niektóre jej fragmenty nazwę – „potężnymi”.

Poetka urodziła się w Gołdapi, tu ukończyła liceum, jest absolwentką filozofii na Uniwersytecie Warszawskim. Już za debiutancki tom „Sacra conversazione” otrzymała prestiżową nagrodę im. Fundacji Kościelskich. Tomik „Materia prima” był nominowany do nagrody Nike. Jej wiersze były tłumaczone na osiemnaście języków. Pracuje jako adiunkt w Zakładzie Metodologii i Pedagogiki Twórczości Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie.

________

Marzanna Kielar, Monodia, Kraków 2006, 56 s.

 

Mirosław Słapik

Z pogranicza

(Tekst ukazał się w „Borussi” nr 26 2002 r.)

W bardzo krótkim czasie, bo w ciągu jednego roku, ukazały się dwie książki poetyckie Wojciecha Kassa, kustosza Muzeum im. Konstantego I. Gałczyńskiego w Praniu. Jesienią 1999 roku do rąk czytelników dotarł zbiór „Do światła”, jego debiut poetycki, zaś latem roku 2000 tomik zatytułowany „Jeleń Thordwaldsena”.

Wojciech Kass urodził się w 1964 roku, ukończył filologię polską na Uniwersytecie w Gdańsku. Pochodzi z Sopotu, gdzie zajmował się między innymi animowaniem życia literackiego. Wcześniej wydał zbiór szkiców „Zdarzenia” oraz „Aj moi dawno umarli” – książkę o Czesławie Miłoszu.

Tomik „Do światła” spotkał się z ciepłym przyjęciem, okazał się też pozytywnym zaskoczeniem dla środowiska literackiego regionu . Zaskakiwał bowiem sprawnością warsztatową, płynnością poetyckiej frazy i, przede wszystkim, wysoką kulturą słowa. W książce tej Kassowi udało się umiejętnie pogodzić konkret z głębszym filozoficznym namysłem oraz wielokulturowością, z którą przecież zetknął się także w Trójmieście, przed zamieszkaniem na Mazurach. Zatem można rzec, że poeta opuścił jedno pogranicze po to, by znaleźć się w drugim.

Latem odbyła się promocja drugiego tomu poezji Kassa „Jeleń Thordwaldsena”. Kolejne trzydzieści cztery wiersze zawarte w nowym zbiorze czyta się z równą przyjemnością jak te z książki „Do światła”.

Kiedy usłyszałem, że Wojciech Kass wydał rzecz pt. „Jeleń Thordwaldsena” (a byłem przecież pod dużym wrażeniem jego poprzedniej książki, w której najsłabszą stroną jest, moim zdaniem, właśnie tytuł) to zrazu nazwanie tomu drugiego wydało mi się przyczynkiem co do poetyckich rozważań o sztuce, albo, co najmniej, drogowskazem sugerującym oderwanie się od konkretu. Jednakże po przeczytaniu wierszy przekonałem się jak bardzo się pomyliłem. I Thordwaldsen, i jego jeleń, i cała jego sztuka to, w tej sytuacji, zręcznie pomyślany pretekst do kolejnej rozmowy o sprawach codziennych, o odkrywaniu rzeczy drobnych, o ich wielkości, o ich, wreszcie, cudowności. Poezja ta jest afirmacją nowego etapu życia autora i odkrywanego przezeń nowego świata, zaś Thordwaldsenowski jeleń daje, co prawda, powód do zastanowienia się nad sensem tworzenia, jednak książkę zdecydowanie prowadzi konkret. A o tym ładnie mówi wiersz „Pieśń wieczorna”, którego słowa docierają do mojego „ucha” niczym powolne dźwięki fortepianu:

 

Nie martw się, wieczór jest tuż – tuż,

a za nim łagodność.

Dzięcioł jak marszałek dworu dziobem

oznajmia jego nadejście.

Ranne przywitanie zabrało stado zmór

i powlokło za okno,

Więc pewnie słyszę twoje malutkie dobranoc,

Które układałaś na spacerze tak, aby

zmieściło się w uchu.

Tracą powab zgubne scenariusze

przyszłości,

Powraca wiara w krzepkość dnia pory

cudów.

(„Pieśń Wieczorna” z tomu „Jeleń Thordwaldsena”)

 

Autor zdaje się rozumieć, że więcej i skuteczniej można przekazywać refleksyjnie, wręcz szeptem, gdyż mówiąc podniesionym głosem, łatwo jest zapomnieć o subtelności, łatwo jest nie dostrzec, często decydujących o naszym życiu, peryferii i drobiazgów. Jakkolwiek tonację niepokojącą i nieco patetyczną również daje się zauważyć w jego wierszach – poeta ma świadomość faktu, że świat, w którym teraz żyje, nie jest dany mu na zawsze. Puls życia należy co jakiś czas odnajdywać ponownie, gdyż zbyt często przykrywają go pozory. Ten niepokój znajduję swój wyraz choćby w wierszu „Widzisz”, kończącym tom „Jeleń Thordwaldsena”:

 

Uspokój się. Czego jeszcze chcesz?

Przecież ci się udało,

Żyjesz jak w talizmanie, który zgubił

Pasażer rozhuśtanego świata.

Co przetrwoniłeś – zostaw, co jest – obracaj w palcach

I pod światło bierz, czy nie fałszywe.

Jest jeden wiersz Wojciecha Kassa, za którym nie przepadam; chodzi właściwie o jego drugą część – idzie mi o utwór pod tytułem „W Gołdapi” z tomu „Do światła”. Według mnie jest on trochę koturnowy i przez to nie pasuje do całości. A, trzeba to podkreślić, obie książki stanowią logiczną całość. Druga jest kontynuacją pierwszej.

Gdybyśmy bowiem dokonali pewnego zabiegu i połączyli fragmenty dwóch wierszy – ostatniego z tomu „Do światła” i pierwszego z „Jelenie Thordwaldsena”, to wtedy otrzymalibyśmy kolejny poszerzony i scalony obraz, świadczący o dalszym spełnieniu się poetyckiego przeznaczenia, w którym ptasi karmnik lub „fryzura chmur” to immanentne elementy nowego domu Kassa, gdzie z najgłębszym szacunkiem podchodzi się do gości, bez względu na to, czy to Polak, Niemiec czy tez Ukrainiec.

Oto w jaki sposób można połączyć te książki:

 

Boże spraw więcej takich wieczorów,

gdzie wszystko ma swój kąt, dziuplę

i norę –

 

wazonik, notatnik i piersiówka

z kminkówką.

I ten karmnik, który spełnia przeznaczenie

Gdyż nie ma w nim rankiem kruszyn ani wróbli.

(„Perspektywa” z tomu „Do światła”

 

Dalej trwa, mnóstwa trawy – zielone

posłanie –

i telewizor na górnej półce niebios,

w którym przemoc deszcze i burz nie budzi leku,

w trawie pachnidła i świecidełka –

rosa i szron.

(„Nie o nas miła” z tomu „Jeleń Thordwaldsena”)

 

 

Wpływ na twórczość poetycką Wojciecha Kassa ma Leśniczówka Pranie jako, być może, miejsce poezjotwórcze i twórcze w szerszym pojęciu. Ta piękna okolica przyczyniła się do napisania niejednego utworu, także w przypadku innych pisarzy.

Mimo to Wojciech Kass wcale może nie musi korzystać z pomocy dobrych duchów tego miejsca.

_________

Wojciech Kass: „Jeleń Thordwaldsena”, wydawnictwo „Twój Styl”, Warszawa 2000, s.44

 

 

Mirosław Słapik

Dialogi z Tomaszem

Andrzeja oswajanie śmierci

(Tekst ukazał się w gazecie „Z bliska”.)

Andrzej Sulima-Suryn był poetą, przez niektórych nazywanym – wędrownym. Był także erudytą, filozofem, trochę – jak na poetę przystało – lekkoduchem i kobieciarzem. Przez kilka lat uczestniczył w działaniach Gołdapskiej Grupy Twórczej „Dom Marka”. Parę lat temu odszedł przedwcześnie, bo na dalsze wędrowanie nie pozwoliła mu nieuleczalna choroba, a może… obowiązki, które powierzono mu w innym świecie.

Odszedł przedwcześnie, pozostawiając po sobie dwa tomiki wierszy i mnóstwo poetyckich zapisków. Wśród nich prawdziwe cudeńka, zwłaszcza te, które próbują połączyć postawę buddysty z osobowością człowieka zmysłowego, człowieka z rozbuchaną wyobraźnią, osoby poddającej się dosyć silnym namiętnościom, mimo na ogół wewnętrznego spokoju. Niedawno jego duchowość próbował zobrazować znany teatr „Węgajty”.

Andrzej odchodził, analizując siebie, swoją fizyczność i marność. Jednak raczej nie na zasadzie vanitas. On do końca pragnął znaleźć filozoficzne uzasadnienie dla śmierci i robił to nierzadko przy pomocy subtelnych poetyckich refleksji, z domieszką autoironii. A to już heroizm.

Przed kilkoma tygodniami ukazała się książka Sulimy „Dialogi z Tomaszem”. Są to te właśnie przedśmiertne zapiski zebrane przez Wacława Sobaszka, współtwórcę teatru „Wegajty”. Tytuł nawiązuje do autora gnostyckiej tzw. „Piątej Ewangelii”, której rękopis znaleziono w 1945 roku w Nag Hammadi.

„Los chciał, żebym to ja spisywał z kaset te słowa, nagrane niewyraźnie, z trudem i wolno wymawiane. Musiałem wysłuchiwać dziesiątki razy tych samych fragmentów i nieraz miałem wrażenie, że choroba była w tym przypadku czymś więcej niż tylko pretekstem lub przedmiotem opisu” – pisze we wstępie do książki Wacław Sobaszek.

Zapiski te mimo dosyć różnorodnej formy graficznej, nierzadko nawiązujące do haiku, dialogów, aforyzmów, prozy i prozy poetyckiej, stanowią duchową jednię Na pewno jest to swoisty monolog wewnętrzny człowieka, który będąc poddawanym ciężkiej próbie traktuje myślenie jako broń istotną. Mimo to wyraźnie daje się tu odczuć różne natężenie sinusoidy bólu. Zaś wrodzona pogoda ducha zmierza się tu z lękiem przed nieznanym. Już prawie na początku Andrzej mówi: „Cierpię, mimo że nie chcę. Jestem zmęczony, mam dosyć tego tunelu. O gdybyż można było ze swoim duchem rozmawiać tak jak z tobą. Ale on jest światłem, albo bólem. Zachorowałem, bo nie kochałem. A więc nie żyłem, imitowałem życie. Aż duch pewnego dnia, nader dotkliwie powiedział: nie! Dość! Jesteś kimś innym, szkoda cię na plagiat. I tak się zaczęło. Choroba jak drabina do siebie, a wszystko po drodze jak nieustająca lekcja. Najpierw trzeba było oswoić i utulić lęk. To potężny destruktor. Nigdy nie odwracaj oczu. Patrz nie oceniając, z taką miłością, na jaką cię stać. A stać cię na coraz więcej. (…)”

Skąd u niego tak surowa samoocena, przecież Suryna znałem i od tej strony, że często kierowały nim uczucia intensywne. Na pewno kochał, na pewno był zdolny do miłości, do namiętności. Sam byłem świadkiem jego miłosnych dramatów. Może stwierdzenie, że nie kochał, jest tylko kokietowaniem nieznanej (być może nieznanej tylko wtedy, przed odejściem) przyszłości, która nie wiadomo, czy stanie się ulgą, czy czeluścią. Przecież w chwili zapisywania i nagrywania „Dialogów” oddzielenie się duszy od ciała jeszcze pozostaje dla niego marzeniem, jeszcze nie jest pewnością: „O jednym trzeba pamiętać, że z każdej drabiny się spada. Chwila nieuwagi, cofnięcie się w stare i cześć, sam siebie bolisz. Dla mnie wielką sztuką jest dogadywanie się z własnym ciałem. To jest dopiero kosmos. Oto pojazd dharmy, ubranko doczesne, superczuły lokator. W miarę doskonalenia rośnie obszar i głębokość wzajemności między duszą a ciałem.”

Nie ukrywam, że wcześniejsza książkowa twórczość Suryna nie wywierała na mnie większego wrażenia. Może dlatego, że miałem wtedy do czynienia z nim samym i z jego sposobem życia. A jego życie było dla mnie bardziej poetyckie niż jego książki – zaryzykuję stwierdzenie, że, bardziej niż jego książki, było bliższe kwintesencji poezji, dotyczy to także jego listów opatrzonych najczęściej koronkowym dowcipem z pogranicza absurdu, zdaniami w rodzaju – „Kat a strofa”. Na kilka miesięcy przed śmiercią prosił mnie, bym mu przysłał kilka jego własnych tomików wierszy, w liście tym znalazł się charakterystyczny zwrot: „Jeśli nie przyślesz to wpier…, bom przytył i nabrał sił.”

Toteż kiedy zacząłem czytać „Dialogi z Tomaszem” zrazu uległem zaskoczeniu, potem zauroczeniu. Andrzeja oswajanie śmierci odbywa się tu bowiem w sposób wyjątkowy. Jak wspomniałem – heroiczny. Na dodatek pewne użyte przez niego sformułowania wywołują śmiech. Choć czasem śmiech przez łzy, jak choćby w tym dialogu:

– Tomaszu, coś mnie więzi.

– Więzi cię wymyślone ty.

– No, jak na wymyślone całkiem nieźle napierdala.

– I owszem, bo oddałeś mu energię.

– No to jedźmy.

– Jedźmy.

Jak więc określić klimat „Dialogów z Tomaszem”? Czy jest to smutek, czy melancholia, czy też medytacja? Myślę, że jest to smutek. Smutek i lęk. Tylko jakieś inne – niepowtarzalne, niebywałe, może buddyjskie, może taoistyczne i chyba z odrobiną nadziei, której promyk, zdaje się, można dostrzec na końcu tej książki:

Wpadłem na tę salę i uderzyła mnie kartka przybita pinezką na drzwiach:

– Wszystkie stworzenia są czystym nic – Magister Eckhart.

– A pan co tu szuka – zagadnął mnie woźny.

– Siebie – odpowiedziałem.

– A tego to pan tu nie znajdzie, to piętro wyżej, w lustrzanej.

– Dzięki.

I pobiegłem. Korytarz czyściutki, prościutki, ściany gotowe na wszystko, jest! Sala lustrzana. Wszedłem ostrożnie, ciemno. Kontakt po prawej stronie: pstryk! I krzyk! – mój własny. Tysiące Andrzejów gapiło się na mnie zewsząd. W jakiejś chwili mówię: Cześć!

– Cześć – słyszę.

– No no – pomyślałem. – Że widzę, to widzę, ale że słychać, to dopiero!

I się zaczęło.

– Hej, a pamiętasz – zagadnął Jędrek z góry – hej tutaj – zamachał inny. Nie mogłem nadążyć, a każdy chciał rozmawiać. Jedni pytali, inni zżynali, kilku ledwie co milczało lub zgoła na mnie nie zwracało uwagi.

– Hej, koledzy -, krzyknąłem – bo dostanę polifrenii! Po kolei proszę.

Nie będę opisywał, co żem się wstydu najadł. Tłumaczyłem, jak mogłem, siebie przed sobą. Próżna robota, lustra nie kłamały, ja sam natomiast usiłowałem zagadnąć te Andrzeje, które nie zwracały na mnie uwagi. Po chwili jeden z nich rzekł: – My jesteśmy przyszły Andrzej.

Więc zapytałem:

– To pewnie wiecie, jak potoczą się moje losy, a może, jak przed nimi się uchronić?

– Wiemy, to nieuchronne. Natomiast już teraz możesz zmienić swoje myślenie, to zmieni wszystko.

_________

Andrzej Sulima-Suryn: „Dialogi z Tomaszem”, wydawca Olsztyński Oddział Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Olsztyn 2003, s.64.

 

 

Mirosław Słapik

Pluralizm ojczyzn

(tekst ukazał się w kwartalniku „Jaćwież”)

Dr Wojciech Łukowski jest pracownikiem Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, Ośrodka Badań Migracji Instytutu Studiów Społecznych UW i Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Zajmuje się głównie problematyką polskiej i niemieckiej tożsamości, zwłaszcza na skrzyżowaniu kultur tych narodów. Urodził się w Giżycku, tu się wychowywał; w mieście nad Niegocinem założył w latach dziewięćdziesiątych (i przez pewien czas nią kierował) ponadkulturową Wspólnotę Mazurską.

W swojej najnowszej książce pt. „Społeczne tworzenie ojczyzn”, pisze między innymi: „Jestem na Mazurach rozpoznawany i chyba dobrze rozpoznaję siebie, czerpię również z mazurskiego dziedzictwa i mazurskiej współczesności wiedzę o świecie i uzasadnienie dla podejmowanych działań.” To zdanie zawiera ważną sugestię, że w przypadku autora tej książki mamy do czynienia nie tylko z naukowcem, ale również z tak zwanym ekspertem lokalnym. Możemy więc liczyć nie tylko na chłodną analizę podjętego tematu. Toteż ta „podwójność” Wojciecha Łukowskiego ukazuje się tu wyraźnie, choćby dzięki lekkiej nutce lirycznego patosu (co przecież nie jest częste w przypadku prac naukowych), także dzięki wnikliwości specjalisty od psychologii społecznej.

Tezy i konkluzje zawarte w tej pozycji są efektem badań związanych z projektem pod nazwą „Społeczna konstrukcja ojczyzny na Mazurach”, realizowanym w latach 1996-2000, którego drugim koordynatorem był profesor Ulrich Mai z Wydziału Geografii Społecznej Uniwersytetu w Bielefeld. W realizację badań zaangażowani byli również pracownicy warszawskiego Instytutu Studiów Społecznych

Pierwsze trzy rozdziały książki to prezentacja założeń metodologicznych i przegląd wiedzy kontekstowej w aspekcie teoretycznego podejścia do kategorii ojczyzny. Rozdział czwarty i piąty to analiza badań empirycznych, w tym omówienie wyników badania sondażowego, związanego ze zdobywaniem informacji dotyczących pochodzenia obecnych mieszkańców Mazur i odczuwania przez nich rzeczywistości, w której żyją. W szóstym rozdziale znalazła się próba sformułowania własnego poglądu na kategorię ojczyzny. W swoich rozważaniach Wojciech Łukowski skupia się na różnych technikach badań jakościowych, choćby na rozmowach z lokalnymi ekspertami i korzystaniu ze źródeł pisanych. Dominuje tu obserwacja uczestnicząca. Jak sam podkreśla – „Społeczne tworzenie ojczyzn” to praca interdyscyplinarna.

Wojciech Łukowski zaprezentował nowe podejście do Mazur i pojęcia ojczyzny, wykazując jednocześnie duży respekt dla badań i odkryć swoich poprzedników. Gdyż można chyba stwierdzić, że głównym założeniem jego pracy jest problem rozmywania się definicji związanych z kategorią ojczyzny, zwłaszcza w zakresie jej przestrzennych właściwości, tym bardziej w odniesieniu do tak zwanych ziem odzyskanych. „Tymczasem przestrzenność ojczyzny okazuje się mieć wielowymiarowy charakter, a ścisłe lokalizacje fizyczne – wręcz charakter marginalny” – stwierdza Łukowski w swojej książce.

Jest w tej publikacji wiele nawiązań do korzeni, do Mazurów, jednak wydaje się, że problem pochodzenia jest tu mniej istotny (aczkolwiek co i raz wyczuwalny intuicyjnie), niż organizowanie-zawłaszczanie ojczyzny przez tych, którzy pojawili się tu w pierwszych latach powojennych. Według autora nie uprawnione jest mówienie o mazurskich ojczyznach. „Trzeba mówić o ojczyznach mieszkańców Mazur.”

Współczesne Prusy Wschodnie to przecież organizm społeczny niebywale urozmaicony i skomplikowany. Spójrzmy choćby na wschodnią część Mazur, na powiaty – węgorzewski i gołdapski. Tu trudno spotkać kogoś, kto by powiedział o sobie: „Jestem Mazurem”. Można natomiast spotkać Baniela, który jeszcze pięćdziesiąt lat temu nazywał się Banialis, można spotkać Karpika, który stosunkowo niedawno nazywał się Karpiuk. Na jednym z tutejszych rodzinnych niemieckich cmentarzyków jest pochowana kobieta o rodowym nazwisku Barański. W centrum Gołdapi mieszka Wolfgang Fieweg, autochton kierujący zaledwie kilkunastoosobową grupą żyjących jeszcze w tym powiecie Niemców, którzy zaraz po wojnie uniknęli wypędzenia. Natomiast w okolicy Bań Mazurskich, w miejscowościach Budry, Lisy i Wróbel, narodowościową większością są Ukraińcy, których sprowadzono tu w efekcie brutalnej Akcji „Wisła”.

Naukowemu oglądowi poddanych tu zostało wiele miejscowości, jednak nie sposób jest je wszystkie wymienić, choćby dlatego, że książka posiada jeden poważny mankament – nie umieszczono w niej indeksu nazw geograficznych oraz indeksu nazwisk. A przecież czytelnik interesujący się taką problematyką niemal od razu zagląda na ostatnie strony.

Łukowski znalazł wystarczająco wiele powodów, by zastanowić się nad pojęciem ojczyzny. Także – za rozróżnieniem Stanisława Ossowskiego – nad pojęciami „ojczyzny ideologicznej” i „ojczyzny prywatnej”. Ojczyzny jako miejsca, w którym realizowana jest potrzeba tożsamości. I ojczyzny – by tak rzec – przywiezionej ze sobą. Używa sformułowania „pluralizm ojczyzn”, stawiając tezę, że jedna konkretna osoba swoją ojczyznę może lokalizować w różnych przestrzeniach geograficznych i by ją konstruować, wcale nie musi korzystać z jednego wzoru. W moim odczuciu te sugestie niejednemu czytelnikowi dadzą pretekst do bardziej wnikliwego i innego, spojrzenia na współczesnych mieszkańców Mazur, choćby w aspekcie obdarowywania przez nich przestrzeni własną symboliką.

Nieprzypadkowo sporo miejsca w książce poświęcono pomnikom, zmianie ich znaczenia i różnic w ich oddziaływaniu w odniesieniu nie tyle do narodowości, ile do pokoleń. Autor publikacji stwierdza: „Utrata stabilnych punktów odniesienia w jednym miejscu przestrzeni prowadzi do prób uzyskania takich punktów w innym. Tym miejscem, tą ojczyzną może być zarówno przestrzeń geograficzna, jak również ulokowanie się w strukturze społecznej, czy określony styl życia. Staje się nią jednak dopiero wtedy, gdy uzyskuje stabilność, przejrzystość i nadaje sens ludzkiej egzystencji.”

Czytając „Społeczne tworzenie ojczyzn” nie sposób jest pominąć jednego sygnału wysłanego przez autora. Wojciech Łukowski zadaje pytanie – dlaczego lokalne lub regionalne elity polityczne nie interesują się tak ważnymi inicjatywami kulturowymi i obywatelskimi, jakimi są Wspólnota Kulturowa „Borussia” lub Wspólnota Mazurska? Z perspektywy czasu daje się zauważyć, że za wcześniejszą kreatywnością (bądź poczuciem kreatywności) tych organizacji kryła się „indywidualizacja przeżywania lokalnej i regionalnej przestrzeni”, podczas gdy wcześniej działały one z przeświadczeniem, że „wprowadzają do obiegu odpowiadającą wyzwaniom czasu zuniwersalizowaną koncepcję ojczyzny”.

Praca Wojciecha Łukowskiego posiada szeroki wymiar humanistyczny. Pisana jest dobrym językiem. Zawiera tezy dyskusyjne i kontrowersyjne. Wszak nie ma w niej prawie wcale mowy o patriotyzmie (oprócz kilku zdań). Ojczyzna w rozumieniu autora publikacji jest pojęciem mocno zindywidualizowanym i sprywatyzowanym, co, niewykluczone, narazi badacza na zarzuty o relatywizm w podejściu do przedmiotu badania. Być może pojawią się pytania o kosmopolityzm.

Istotne też jest to, że publikacja powstała w okresie, gdy z jednej strony do czynienia ze światową globalizacją, zaś z drugiej – próbą atomizacji niektórych europejskich społeczeństw. Od kilkunastu lat w naszym kraju obecny jest „małoojczyźniany” trend, a pojęcie „małej ojczyzny” trafiło nawet do kultury masowej.

_________

Wojciech Łukowski: „Społeczne tworzenie ojczyzn”, wydawca Scholar, Warszawa 2002, 320 s.

 

 

Mirosław Słapik

Jeśli matematyka sobie nie radzi

W filmie Wojciecha Hasa „Rękopis znaleziony w Saragossie” matematyk stwierdził, że tam, gdzie nie może sobie poradzić matematyka rodzi się poezja. Zdaje się, że w kierunku poezji, jako wyższego stopnia odkrywania świata, poszli nie tylko sami poeci, lecz także niektórzy filozofowie, choćby tak zwani intuicjoniści. Prawdopodobnie, w tym kierunku zmierzał Immanuel Kant.

Niedawno kwintesencję tego poglądu znalazłem w wierszu jednego z moich przyjaciół poetów, który w utworze zatytułowanym „The End” napisał trochę przewrotnie:

Za końcem życia czai się wiara

w wieczność. Za nieskończonością

matematyczna jednostka. Za kilometrem horyzontu miasto.

Za rysunkiem miasta – koniec ołówka. Nieskończony rysunek

w czerni gości wieczność. Ciemność rozświetla lampa

lub białe litery – The End. Po wyjściu z kina

wchodzisz w nowy sen. Obudzisz się w nowym życiu.

Są to słowach Marka Sobczaka, artysty plastyka i przede wszystkim poety, dla którego malarstwo to jeszcze jedno poetyckie narzędzie służące odkrywaniu świata. Tu „The End” oznacza początek i – mam nadzieję – zarazem przejście w nieznane…

Marka Sobczaka poznałem na początku lat osiemdziesiątych, kiedy wraz z kolegami prezentował swoje obrazy w jednej z gołdapskich galerii. Ujęło mnie jego szczere podejście do sztuki – już wtedy Sobczak na różne sposoby artykułował to słowo – sztuka jako obraz, sztuka jako rzeźba, czy wreszcie sztuka jako etos, bez wyznawania którego niemożliwym jest bycie artystą.

Sobczak był wówczas pod dużym wpływem surrealistów i dadaistów. Jednak, zdaje się, bardziej pociągało go nie tyle samo dzieło szkoły Bretona lub Duchampa (bo równym stopniu przezywał obrazy El Greca i Velásqueza), ile ówczesna pozycja twórcy, którego rola już nie kończyła się tylko na zrobieniu rzeźby lub obrazu. Twórca sam mógł być dziełem sztuki z zachowaniem swojej podmiotowości i poszerzeniem (poprzez sztukę) swojego człowieczego wymiaru. A sama poezja przez wielu przestała być przypisywana wyłącznie słowu. Słowo, podobnie jak gest malarski lub rzeźbiarski, stało się zaledwie przekaźnikiem poezji. I, jak już zasugerowałem, w przypadku Marka Sobczaka stała się rzecz podobna. Na różne sposoby Sobczak wykorzystywał słowo i literę – nierzadko jako elementy collage’u lub grafiki. Mimo to – co warto podkreślić – poezja tradycyjna-linearna, znalazła u niego swoje odrębne miejsce. Ponieważ równocześnie z pracą nad obrazami lub grafikami Marek Sobczak pisał wiersze. I to od razu swoim własnym, łatwo rozpoznawalnym językiem, gdzie sztuka – obrazy lub rzeźby – nie jest traktowana jako pretekst do pisania, lecz jako coś, co uczłowiecza w stopniu najwyższym, co stanowi najważniejsze narzędzie poznania.

I tak jest w „Kondotierze”, kolejnej poetyckiej książce Sobczaka, w której ponownie dzieła znanych artystów zaczynają wychodzić poza ramy i poza muzealne ściany. Poprzez sztukę poeta stara się nie tyle przyjrzeć motywom działania poszczególnych postaci, ile przeanalizować motywy ludzkości. W przypadku jego wierszy wciąż sprawdzają się słowa wypowiedziane choćby przez RAskolnikowa w „Zbrodni i karze” Fiodora Dostojewskiego, że „podszewką człowieka jest okrucieństwo”.

Za tą przestrogą znajduje się „ciemność, którą rozświetla lampa lub białe litery”.

_________

Marek Krzysztof Sobczak: „Kondotier”, wydawca Z bliska, Gołdap 2002, s. 48.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *