Szkice, eseje, odczyty

Mirosław Słapik

Wystąpienie z okazji nadania gołdapskiemu Gimnazjum Samorządowemu imienia Noblistów Polskich

 

Ocalenie warunkowe

Przyznanie w 1996 roku literackiej Nagrody Nobla Wisławie Szymborskiej spotkało się ze sporym zaskoczeniem świata literatury. Poetka nie była za bardzo znana poza granicami naszego kraju. Do tego czasu na zachodzie Europy jej twórczość znali bardziej raczej literaturoznawcy. Wydany został jej jeden zbiorek w Londynie; w USA wydano dwa zbiory poezji i to, że była już znana w wąskich kręgach tamtejszych czytelników zawdzięcza przede wszystkim znakomitemu poecie i translatorowi Stanisławowi Barańczakowi.

Jednakowoż to zaskoczenie nie miało nic wspólnego z wątpliwościami, jakie wzbudziło przyznanie Nagrody Nobla choćby austriackiej pisarce Elfriede Jelinek czy Włochowi Dario Fo.

W przypadku Szymborskiej na ogół nie kwestionowano jakości, zatem i wielkości jej poezji.

Technika poetycka autorki „Wołania do yeti”, opierająca się przede wszystkim na kryształowo klarownym ciągu logicznym, wyrazisty osobny język oraz owe drugie dno przykrywane nierzadko obrazami potocznych wydarzeń każą jednocześnie i myśleć, i czuć. Tu nie ma natłoku metafor, nie ma natłoku porównań – jest za to niebywałe podskórne napięcie, które nie pozwala obok tej poezji przejść obojętnie, bowiem pod powierzchnią tych wierszy kryje się filozofia i niepokój jako rzeczy prawdziwej twórczości. A w tym przypadku mamy do czynienia z poezją niezwykłą.

Od chwili debiutu twórczość Wisławy Szymborskiej przeszła głęboką ewolucję – od entuzjazmu dla powojennych systemowych zmian w Polsce, nawet apologii Józefa Stalina, do pochwały drobnych zdarzeń. Nierzadko kamyk, roślina lub ziarenko piasku zaczynają istnieć na równych prawach z osobą.

Toteż z jednej strony w przypadku autorki „Ludzi na moście” mamy czynienia z poezją zwątpienia. Poetka – by tak rzec – z tomu na tom traci złudzenia, co do dziwacznej niezrozumiałej konstrukcji świata, mimo napisanych przez nią wierszy o miłości, mimo wierszy o ludzkim heroizmie. Jednocześnie bierze na siebie jeszcze jeden istotny ciężar – jest racjonalistką, a stąd prowadzi dłuższa i trudniejsza droga do transcendencji. Bowiem na tej drodze nic nas nie rozgrzesza i sami musimy się mocować z własnym sumieniem. Z drugiej strony autorka „Stu pociech” traktuje życie jak wielką przygodę i to spojrzenie poleca czytelnikowi.

Poezja, jak zresztą cała literatura, czerpie swe siły żywotne ze świata, na którym żyjemy, z przeżyć naprawdę przeżytych, z doświadczeń naprawdę przecierpianych, z myśli samodzielnie przemyślanych. Świat trzeba stale opisywać na nowo, bo nie jest przecież ten sam co dawniej, już choćby dlatego, że kiedyś nas na nim nie było – odpowiada Szymborska jednemu z młodych adeptów pióra.

Mimo to poetka wie, że nie uzyska odpowiedzi na większość stawianych przez siebie pytań. Ma bowiem świadomość, że są to pytania naiwne. W wierszu „Konszachty z umarłymi” można znaleźć odniesienie do sensowności zadawania pewnych pytań.

Z ich strony żadnych kłopotliwych pytań?

A ty co wtedy odpowiadasz im?

Zamiast przezornie milczeć?

Wymijająco zmienić temat snu?

Zbudzić się w porę?

Dlaczego więc pisze? Dlaczego mimo wszystko adoruje świat z właściwą dla siebie ironią i pogodą ducha, co wyraziście uwidacznia się nawet w wierszu „Pogrzeb”, składającym się wyłącznie z urywków rozmów zasłyszanych na pogrzebie?:

z tą brodą to bym nigdy pana nie poznała”

„sam sobie winien, zawsze się w coś mieszał”

„miał przemawiać ten nowy, jakoś go nie widzę”

„Kazek w Warszawie, Tadek za granicą”

„ty jedna byłaś mądra, że wzięłaś parasol”

Część odpowiedzi na to pytanie udzielił Czesław Miłosz, konkludując, że Szymborska po prostu próbuje ocalić siebie poprzez twórczość. Dodałbym, że poezja staje się tu rodzajem transcendencji.

Uzupełnienie odpowiedzi znajdziemy między innymi w wierszu „Możliwości” z, moim zdaniem, znaczącego zbioru „Ludzie na moście”:

Wolę kino,

Wolę koty,

Wolę dęby nad Wartą.

Wolę Dickensa niż Dostojewskiego.

Wolę siebie lubiącą ludzi

Niż siebie kochającą ludzkość.

Jakże to wymowne. Szymborska po latach zauroczenia wielkimi czynami proponuje czytelnikowi przejście na zupełnie inny tor – od spraw z pozoru wielkich i patetycznych do małych, tych naprawdę ważnych. Poetka już wie, czym stały się próbujące uszczęśliwić ludzkość systemy, kim okazali się naprawiacze świata i do czego doprowadza „Ordnung mus sein”. W tym samym wierszu stwierdza: Wolę piekło chaosu od piekła porządku.

I wydaje się, że ta postawa, postawa adoracji życia codziennego i pozornych, ale ważnych, drobiazgów ugruntowała się już u pisarki na dobre.

Jednakże Szymborskiej, by się ocalić, nie wystarcza samo pisanie wierszy. Wierszy jakichkolwiek. Poezja, zatem i twórczość, jest dla niej rodzajem duchowego arystokratyzmu, poszerzeniem naszego człowieczego wymiaru, tyle że pod jednym warunkiem… Poezja musi mieć poziom, swój własny osobny język, nie może być wtórna. Na Parnas należy wspinać się z wysiłkiem, po szczeblach, mozolnie zdobywając wiedzę. Nie każdy może być poetą, bo do tego potrzebny jest talent, praca, a zwłaszcza wiedza i oczytanie. Miała spory dystans do pojęcia natchnienia. Wyraz temu dawała w prowadzonej na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wspomnianej już przeze mnie poczcie literackiej tygodnika „Życie Literackie”: Nie do natchnienia bowiem się talent ogranicza. (…) Stąd bierze się to dziwne zjawisko, że natchnionych wierszopisów jest zatrzęsienie, a zwykłych i prawdziwych poetów mało. Jak dawniej, tak i dzisiaj, jak dzisiaj, tak i w przyszłości – mówi autorka „Pytań zadawanych sobie”.

Nie pieściła młodych adeptów pióra – traktowała ich surowo i jednocześnie z dowcipem. Sam fakt zauważenia przez nią jakiegoś utworu dla młodego autora był już rodzajem nobilitacji. Najgorszym rodzajem oceny było pięć słów: Na druk jeszcze za wcześnie.

Nierzadko z typową dla siebie serdecznością dawała do zrozumienia, że można być pisarzem, i że można się tylko na pisarza imitować. Kiedy jeden z początkujących zapytał: Czy nadesłana proza zdradza talent? Szymborska odpowiedziała: Zdradza. Całe szczęście, że jeszcze przed ślubem.

Owe dowcipne, ostre i życzliwe porady wydane zostały w formie książkowej. Są jednocześnie wyrazem tego, czym dla Szymborskiej jest twórczość. A jest ona na pewno formą ocalenia naszego humanistycznego wymiaru, pod warunkiem, że bardziej wnikliwie z wysiłkiem zaczniemy przyglądać się światu – temu najbliższemu, złożonemu z ważnych drobiazgów i największemu zarazem.

Cytaty z „Poczty Literackiej” Życia Literackiego pochodzą z tekstu Moniki Wróblewskiej „Z Wisławą Szymborską o poezji i nie tylko”.

 

Mirosław Słapik

Na cztery miesiące przed trzynastym

 

Niedawno w jednym z tygodników natrafiłem na tekst, w którym autor w kilku zdaniach przypomina Zygmunta Trziszkę, pisarza, który popełnił samobójstwo. Pisarza nieco kontrowersyjnego, jeśli idzie o jego okołoliterackie działania. Jednakowoż pisarza, który napisał kilka niezłych książek. Moim zdaniem swoim prozatorskim uchem wyławiającego rzeczy niepoślednie i, jak na owe czasy, nazywającego je swoim własnym „trziszkowym” językiem.

Moje wspomnienie Zygmunta Trziszki wiąże się z przedprożem stanu wojennego i z wakacyjnym pobytem młodych adeptów pióra w ośrodku Śródborów pod Warszawą. Był to akurat kulminacyjny punkt solidarnościowej rewolucji i chwilowy, niestety, oddech wolności. Dla pisarzy chwilowy oddech wolności słowa. Czego znamieniem w śródborowskim ośrodku były między innymi noszone przez niektórych uczestników na piersiach znaczki z czerwoną gwiazdą przekreśloną drutem kolczastym, z napisem „Katyń”. Młodzi w swoim entuzjazmie nie zastanawiali się wtedy nad tym, że nadal za nimi skrada się esebek, którego pozycja wcale nie zmalała. Wręcz przeciwnie, za kilka miesięcy miała wzrosnąć i to w sposób niewyobrażalny. Co w tym wszystkim najsmutniejsze – ten esebek nierzadko pisywał całkiem niezłe wiersze. Toteż nigdy nie zapomnę gestu Zygmunta Trziszki, który podczas obiadu w stołówce ośrodka symbolicznie podarł sobie „z tyłu brzuch” poematem Krzysztofa T., poety, który – zdaniem autora „Wielkiego świniobicia” – był konfidentem służby bezpieczeństwa.

Mimo to, mimo tych gestów, po okrągłym stole życie Trziszki nie rozpieszczało. Mocno podupadł prestiż Związku Literatów Polskich, a nowo powstałe Stowarzyszenie Pisarzy Polskich autora „Podróży do mojej Itaki” postrzegało jako tego, który za bardzo flirtował z peerelem. Zygmunt Trziszka próbował założyć własny związek, który nie wzbudził większego zainteresowania wśród pisarzy. W końcu oddał się skrajnie narodowemu nurtowi i to niekoniecznie nurtowi literatury.

Tamtego lata sielska atmosfera Sródborowa dziwacznie nie pasowała do tego, co w tym czasie działo się w Warszawie, gdzie właśnie miał miejsce szczyt solidarnościowych protestów – niewielu jeszcze wtedy przewidywało, że za cztery miesiące odjedzie wciąż nieosiągalny samochód z napisem „socjalizm z ludzką twarzą”, pokazując swoje tylne światła, na długie lata jeszcze bardzo, bardzo czerwone, wiodące Polaków przez jeszcze niemal osiem lat kretyńskiej reformy Jaruzelskiego.

Jednak, jak wtedy, na cztery miesiące przed stanem wojennym, nie można był wierzyć w nowe, kiedy po dziedzińcu ośrodka w Śródborowie przechadzał się Edward Osóbka-Morawski, kiedy „przed chwilą” Czesław Miłosz odebrał Nagrodę Nobla. Co prawda, obecny na spotkaniach Jan Witan, wtedy zastępca redaktora naczelnego miesięcznika „Poezja”, stwierdził, że Nobel trafił w ręce autora „Zniewolonego umysłu” koniunkturalnie, jednakże zaraz podkreślił, że i tak Miłosz wybitnym poetą jest.

Oprócz wymienionych, do centrum szkolenia aktywu młodzieżowego (bo taka była rzeczywista funkcja tego ośrodka) przyjechało jeszcze parę innych znanych postaci. Rej wodził Piotr Kuncewicz, dzisiaj szef ZLP. Był Tadeusz Mocarski, kiedyś zastępca „Nowego Wyrazu”, poprzez koligacje rodzinne związany z Gołdapią; był Krzysztof Soliński, poeta, który wsławił się tym, że wydał tomik zupełnie niezadrukowany jako przykład działania z dziedziny poezji konkretnej; była też Julia Hartwig – poetka i prawdziwa kobieta o niezwykłym uroku, chyba już wtedy zasługująca na polskiego Nobla. No i wreszcie Trziszka, Zygmunt Trziszka, z którym na parę dni ja i, nieżyjący już mój przyjaciel Andrzej Sulima-Suryn „zakolegowaliśmy się”. Bowiem Trziszka głośno marzył… Marzył i obiecywał, że w „Tygodniku Kulturalnym”, z którym był wówczas związany, założy rubrykę dla młodych pisarzy z prowincji. Dla takich jak my, którzy dopiero co debiutowali gdzieś tam w regionalnej prasie. A to nas, wtedy dwudziestoparoletnich, mocno podniecało. Drukować za komuny było bardzo trudno, tym bardziej, że nierzadko decydował o tym nie talent lecz ideologia. A drukować wtedy w „Tygodniku Kulturalnym”… to było naprawdę coś.

Trziszkowa rubryka nazywała się „Wici” i ukazała się dwa, może trzy razy. Po pierwszej edycji otrzymałem od Sulimy list, w którym Andrzej pisze z żalem, że Trziszka zniszczył mu wiersz. Okazało się bowiem, że „Tygodnik Kulturalny” zamieścił wiersz Andrzeja „Na poświęcenie kawałka ziemi” i zmienił dedykację – z „Ginsbergowi” na… „Stachurze”. Wiersz zresztą znakomity, w klimacie bardzo amerykański, stylem nawiązujący do beat generation.

Co miał więc Ginsberg do Stachury? Po prostu Trziszce bardzo zależało na tym, by jego rubryka pobrzmiewała prowincjonalnie, na swój sposób plebejsko i przed wszystkim – „wędrownie”. Niedawno przecież odszedł Sted i jego legenda, niestety, rzadko z dobrym skutkiem, przenikała nie tylko do atramentu wielu pisarzy, lecz także do wielu ówczesnych działań związanych z literaturą.

Zmiana dedykacji miała wiersz Sulimy dopasować do „Wici” i jej stachurowego ducha. Chociaż na dobrą sprawę beat generation, a więc choćby Jacka Kerouac’a lub Jima Morrisona, łączyło ze Stachurą słynne hasło „in the road”, czyli „w drodze”.

W Sródborowie podczas prywatnych rozmów Trziszka dużo mówił o Stachurze. Dało się natomiast odczuć, że Stachura pozostawił Trziszce dziwne piętno. Trziszka nie potrafił ukryć tego, że miał za złe autorowi „Siekierezady” jego nie skrywane przed nikim wysokie poczucie wartości. Nie podobało mu się, na przykład, że autor Stachura na drzwiach jednego z pokojów w ZLP wieszał kartkę: „Nie wchodzić tu się tworzy”. Na dodatek (jak wspominał w Śródborowie autor „Wielkiego świniobicia”) Stachura skrytykował kiedyś kozią, wypielęgnowaną bródkę Trziszki jego synonim nienaturalności. Mimo to Trziszka mocno przeżył samobójczą śmierć Stachury, czemu dal wyraz w tekście wspomnieniowym zamieszczonym później w „Tygodniku Kulturalnym”, gdzie uporczywie swego zmarłego kolegę nazywa „Stan”, a nie „Sted”.

W moim odczuciu stosunek Trziszki do Stachury można było określić jako fascynację połączoną z lekką niechęcią, przypominający nieco ten dziwny duchowy związek między Marlowem i Kurtzem. A jednak po niemal dwudziestu latach od owego, przepojonego energią twórczą, pobytu w Śródborowie Trziszka skorzystał z podobnego co Stachura narzędzia, być może dla niego kolejnego… narzędzia poznania.

Co ciekawe, wtedy, w Śródborowie, Zygmunt Trziszka imponował swoją energią i ciekawością świata. Pewnie w dużej mierze wiązało to się z faktem, że właśnie realizował jeszcze inną, bardzo ważną misję, ważną moim zdaniem, dla polskiej literatury – kontynuował przecież pracę nad monografią poświęconą wybitnemu (i wciąż nie docenianemu) pisarzowi Leopoldowi Buczkowskiemu.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *